
Poprzedniego wieczora po kolacji posurfowałam trochę po Internecie i odrobiłam pracę domową na temat dwóch mężczyzn, z którymi mieliśmy rozmawiać: Charlesa Wallingforda oraz doktora Celtaviniego. Dowiedziałam się, że Charles Wallingford był szóstym z rzędu właścicielem i szefem rodzinnej sieci sklepów meblowych. Wszystko zaczęło się dawno temu od jakiegoś zapyziałego składu na Delancey. Interes rozrósł się, przeniósł na Piątą Aleję, a nazwisko Wallingford zyskało renomę znaku firmowego.
Objąwszy rodzinne przedsiębiorstwo, niezbyt dobrze radził sobie z zalewem rynku przez sieci oferujące meble z przeceny oraz z zapaścią ekonomiczną. Dorzucił do oferty tańsze propozycje, modyfikując w ten sposób wizerunek firmy, część sklepów zamknął, zmienił charakter pozostałych, lecz w końcu zmuszony był zgodzić się na wykup udziałów przez jedną ze spółek brytyjskich. To było jakieś dziesięć lat temu.
Dwa lata później Charles Wallingford poznał Nicholasa Spencera, który wtedy akurat rozwijał nową firmę, Gen-stone. Wallingford zainwestował w nią poważną sumę i przyjął stanowisko prezesa zarządu.
Ciekawe, czy nie żałował, że odszedł od mebli.
Doktor Milo Celtavini ukończył college i studia we Włoszech. Przez większą część spędzonego tam życia prowadził najróżniejsze badania immunologiczne, po czym przyjął zaproszenie na członka zespołu badawczego Sloan-Kettering w Nowym Jorku. W krótkim czasie przeniósł się do laboratorium Gen-stone, ponieważ był przekonany, że spółka znajduje się na najlepszej drodze do rewelacyjnych odkryć medycznych.
Kiedy tak przeglądałam notatki, weszli Ken i Don. Recepcjonistka spytała ich o nazwiska i już kilka chwil później wszyscy troje zostaliśmy zaprowadzeni do gabinetu Charlesa Wallingforda.
Siedział za osiemnastowiecznym mahoniowym biurkiem. Perski dywan na podłodze wyblakł akurat na tyle, by czerwone, niebieskie i złote barwy z jego wzoru mieniły się ciepłym blaskiem.
