
Jakiś czas myślała nad moim pytaniem, wreszcie pokręciła głową.
– Nikogo takiego sobie nie przypominam. – Podniosła wzrok na kogoś za moimi plecami i gwałtownie nabrała tchu ze strachu.
Spojrzałam i ja, ciekawa, co ją tak wystraszyło.
W drzwiach stał jakiś łysiejący mężczyzna. Jedną rękę schował pod kurtką, drugą trzymał w kieszeni. Cerę miał bladą, policzki zapadnięte. Wyglądał na chorego. Kilka chwil patrzył na nas obie, potem spojrzał w głąb korytarza.
– Przepraszam, chyba pomyliłem piętra – mruknął i zniknął.
W następnej chwili na progu pojawiło się dwóch policjantów, a ja wyszłam.
9
W drodze do domu usłyszałam przez radio, że policja przesłuchuje mężczyznę podejrzanego o podłożenie ognia pod dom Nicholasa Spencera w Bedford, określanego teraz jako zaginiony lub zmarły dyrektor wykonawczy spółki Gen-stone.
Ku swemu przerażeniu dowiedziałam się, że owym podejrzanym jest mężczyzna, który nie powstrzymał wybuchu gniewu na poniedziałkowym spotkaniu akcjonariuszy w Grand Hyatt Hotel na Manhattanie. Był to trzydziestosześcioletni Marty Bikorsky, mieszkaniec White Plains, zatrudniony na stacji benzynowej w Mount Kisco, miasteczku sąsiadującym z Bedford. We wtorek po południu w szpitalu Świętej Anny opatrywano mu poparzenie prawej ręki.
Bikorsky twierdził, że w noc pożaru pracował do dwudziestej trzeciej, potem wyskoczył z kilkoma kolegami na piwo i około dwudziestej czwartej trzydzieści spał jak zabity we własnym łóżku. W toku śledztwa przyznał, że w barze rozmawiał o posiadłości Spencerów w Bedford. Padło z jego ust stwierdzenie, że ucieszyłby się, gdyby ich rezydencja poszła z dymem, a nawet byłby gotów sam ten dom podpalić.
Jego żona potwierdziła zeznanie w szczegółach dotyczących powrotu do domu, ale przyznała także, iż o trzeciej nad ranem, gdy się obudziła, męża przy niej nie było. Nie zdziwiła jej ta nieobecność, ponieważ Bikorsky źle sypiał i potrafił w środku nocy, włożywszy kurtkę na piżamę, wychodzić na ganek na papierosa. Szybko zasnęła ponownie i obudziła się dopiero około siódmej. O tej porze mąż był już w kuchni, dłoń miał poparzoną. Wyjaśnił, że dotknął rozgrzanego palnika, ścierając rozlane kakao.
