
Powiedziałam śledczemu z biura prokuratora, Jasonowi Knowlesowi, że moim zdaniem Marty Bikorsky nie miał nic wspólnego z podpaleniem i że na spotkaniu akcjonariuszy zrobił na mnie wrażenie człowieka zrozpaczonego, a nie pałającego żądzą zemsty. Teraz zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zatraciłam instynktu koniecznego w pracy dziennikarskiej. W końcu jednak zdecydowałam, że niezależnie od tego, jak bardzo fakty zdawały się wskazywać na winę Bikorsky’ego, będę obstawała przy swoim.
Coś ciągle nie dawało mi spokoju, a nie do końca wiedziałam co. Wreszcie zrozumiałam: chodziło o twarz mężczyzny, który przez chwilę zaglądał do szpitalnego pokoju Lynn. Już go gdzieś widziałam. Tak. We wtorek, kiedy otoczyli mnie reporterzy, stał przed szpitalem.
Biedak. Wyglądał na zdruzgotanego. Może ktoś z jego bliskich jest ciężko chory.
* * *
Tego wieczora umówiłam się na kolację z Gwen Harkins u Neary’ego przy Wschodniej Pięćdziesiątej Siódmej. W szczenięcych latach mieszkałyśmy po sąsiedzku w Ridgewood. Razem chodziłyśmy do podstawówki i do gimnazjum. Potem, na etapie college’u, nasze drogi się rozeszły; ona wyjechała na południe, do Georgetown, a ja w przeciwną stronę, do Bostonu. Natomiast praktyki w Londynie i Florencji odbywałyśmy razem. Kiedy wychodziłam za mąż za wcielenie męskich cnót, została moją pierwszą druhną, a potem, gdy mój synek umarł, a wcielenie męskich cnót dało nogę do Kalifornii, stale mnie gdzieś wyciągała.
Gwen jest rudowłosa, słusznego wzrostu i na dodatek zwykle nosi wysokie obcasy. We dwie na pewno stanowimy intrygujący widok. Ja jestem żywym dowodem na prawdziwość stwierdzenia, że co Bóg złączył, Nowy Jork może rozłączyć, ona natomiast miała paru chłopaków, ale żaden z nich nie doprowadził jej do stanu, w którym dziewczyna ma ochotę przykleić sobie komórkę do ucha, żeby na pewno nie przegapić telefonu od tego jedynego.
