
– Trzydzieści cztery – powtórzył z uśmiechem. – Jestem osiem lat starszy.
Tak to się zaczęło. A potem nie tylko opowiedziałam mu o szybkim rozwodzie ze studentem z tego samego roku na nowojorskim uniwersytecie, ale także o dziecku, które żyło zaledwie kilka dni, ponieważ miało w sercu dziurę zbyt wielką, żeby można ją było zamknąć ludzkimi siłami. Nie poznawałam samej siebie. Nigdy nikomu nie mówię o zmarłym synku. Za bardzo mnie boli to wspomnienie. Tymczasem Nicholasowi Spencerowi opowiedziałam o nim bez żadnych zahamowań.
– Chcemy zapobiegać takim właśnie tragediom – powiedział cicho. – Poruszę niebo i ziemię, żeby uchronić ludzi przed cierpieniem.
Nagle wróciłam do rzeczywistości. Charles Wallingford zaczął stukać młotkiem w podkładkę i walił dotąd, aż nastała cisza. Cisza ponura, nabrzmiała gniewem.
– Nazywam się Charles Wallingford, jestem prezesem zarządu Gen-stone – oznajmił.
Powitała go ogłuszająca kakofonia gwizdów i pohukiwań.
Wiedziałam, że Wallingford ma czterdzieści dziewięć lat, widziałam go w telewizyjnych wiadomościach dzień po katastrofie samolotu Spencera. Teraz wyglądał znacznie starzej. Napięcie ostatnich tygodni dodało mu kilka lat. Nie sposób było wątpić, że ten człowiek cierpi.
– Pracowałem z Nicholasem Spencerem osiem lat – powiedział. – Przed ośmiu laty sprzedałem rodzinny interes i rozglądałem się za okazją zainwestowania w jakąś obiecującą firmę. Poznałem Nicka Spencera. Przekonał mnie, że spółka, którą właśnie założył, dokona prawdziwego przełomu w dziedzinie nowych leków. Za jego namową zainwestowałem w nią prawie wszystkie pieniądze i przyłączyłem się do Gen-stone. Tak samo jak wy zostałem wielce poszkodowany finansowo, ponieważ szczepionka nie jest gotowa do przedstawienia do akceptacji w Instytucie Żywności i Leków, ale to jeszcze nie oznacza, że dalsze badania nie rozwiążą problemu, jeżeli tylko zdobędziemy niezbędne fundusze…
