
Przerwały mu padające ze wszystkich stron pytania:
– Co z pieniędzmi, które ukradł?
– Przyznaj się pan, żeście nas wszystkich wykantowali!
Nagle Lynn wstała ze swojego miejsca i gwałtownym gestem zabrała Wallingfordowi mikrofon.
– Mój mąż umarł w drodze na spotkanie, gdzie miał zabiegać o fundusze niezbędne do prowadzenia dalszych badań. Kwestie finansowe na pewno dadzą się wytłumaczyć…
Jakiś mężczyzna z bocznego sektora ruszył biegiem w kierunku podium, wymachując papierami, które wyglądały na strony wyrwane z czasopism.
– „Spencerowie w swoim majątku w Bedford”! – wołał. – „Spencerowie wspierają bal dobroczynny”! „Uśmiechnięty Nicholas Spencer podpisuje czek dla biedoty Nowego Jorku”! – Kiedy dotarł do podwyższenia, strażnik chwycił go za ramię. – Jak pani sądzi, skąd brał na to wszystko pieniądze? Ja pani powiem. Z naszych kieszeni! Zaciągnąłem hipotekę na dom, żeby zainwestować w waszą parszywą spółkę. Chce pani wiedzieć dlaczego? Bo moje dziecko ma raka, bo uwierzyłem w to, co pani mąż mówił o szczepionce!
Sektor mediów znajdował się w pierwszych kilku rzędach. Ja siedziałam na samym brzegu, mogłam dotknąć tego człowieka. Krzepki trzydziestolatek w dżinsach i swetrze. Twarz mu się nagle wykrzywiła, z oczu popłynęły łzy.
– Teraz moja córeczka już nawet nie doczeka końca swoich dni we własnym domu – powiedział. – Będę musiał go sprzedać.
Podniosłam wzrok na Lynn, nasze spojrzenia się spotkały. Na pewno nie dostrzegła pogardy w moich oczach, a ja myślałam tylko o tym, że diament na jej palcu wystarczyłby prawdopodobnie na spłacenie hipoteki, która pozbawi umierające dziecko dachu nad głową.
* * *
Spotkanie trwało najwyżej czterdzieści minut. Większą jego część zajęły dramatyczne skargi ludzi, którzy po upadku Gen-stone stracili wszystko. Wielu z nich mówiło, że zdecydowali się na kupno akcji, ponieważ mieli nadzieję przyczynić się w ten sposób do szybszego wynalezienia szczepionki, która pomoże ich choremu na raka dziecku czy innemu członkowi rodziny.
