
Gdy kolejne osoby opowiadały o sobie, notowałam nazwiska, adresy i numery telefonów. Dzięki temu, że pisałam do prasy, wielu z nich znało moje nazwisko i bez oporów rozmawiało ze mną o bolesnej stracie finansowej. Pytali, czy moim zdaniem istnieje szansa na odzyskanie choćby części zainwestowanych pieniędzy.
Lynn wyszła bocznymi drzwiami. I dobrze. Po katastrofie samolotu Nicka napisałam do niej kilka słów o tym, że chciałabym wziąć udział w ceremonii żałobnej. Jeszcze się nie odbyła, nadal czekano na odnalezienie ciała. A teraz, podobnie jak prawie wszyscy w tej sali, zastanawiałam się, czy Nick rzeczywiście był na pokładzie samolotu, czy też może raczej sfingował własną śmierć.
Ktoś dotknął mojego ramienia. Sam Michaelson, zasłużony reporter tygodnika „Wall Street Weekly”.
– Chodź, Carley, postawię ci drinka – zaproponował.
– Przyda mi się.
Zeszliśmy do baru na parterze i zostaliśmy zaprowadzeni do stolika. Minęło wpół do piątej.
– Przestrzegam żelaznej zasady, żeby nie pić wódki przed piątą – poinformował mnie Sam – należy jednak pamiętać, że gdzieś na świecie piąta już minęła.
Ja poprosiłam o kieliszek chianti. Zwykle pod koniec kwietnia przechodziłam na chardonnay, wino, które pasowało do cieplejszej pogody, ale po spotkaniu akcjonariuszy byłam tak emocjonalnie zlodowaciała, że musiałam się rozgrzać.
Sam złożył zamówienie.
– A ty jak sądzisz – spytał niespodziewanie – czy ten drań wygrzewa się właśnie w brazylijskim słońcu?
Udzieliłam mu jedynej szczerej odpowiedzi, na jaką było mnie stać:
– Nie wiem.
– Spotkałem kiedyś Spencera – podjął Sam. – I mówię ci, gdyby mi zaoferował kupno mostu Brooklińskiego, na pewno bym na to poszedł. Diabłu by sprzedał święconą wodę. A ty go poznałaś?
