
I tu, na tym ponurym, zapadłym pustkowiu, dodała Ellen trochę otuchy.
Na dworze zerwał się wiatr, cisza nie była już tak przytłaczająca, poza tym w głównym budynku dwaj malarze pracowali po godzinach, nie czuła się więc całkiem samotna. Zasnęła w przyjemnym poczuciu, że pilnie wypełniała swe obowiązki przez cały dzień. Powoli zaczynała coraz lepiej pojmować, czego się od niej oczekuje, i można nawet powiedzieć, że między nią a panią Sinclair nawiązała się cieniutka nić przyjaźni.
Robotnicy wreszcie poszli, Ellen wtedy już spała.
W nocy coś ją obudziło, ale zaspana nie była w stanie określić źródła hałasu. Trochę zirytowana pomyślała tylko, że ojciec powinien staranniej nasmarować drzwi do gabinetu, bo skrzypią już naprawdę przeraźliwie. I nie musi tak trzaskać bramą do garażu, echo roznosi się po całym domu…
Ciężki, głuchy huk rozległ się trzykrotnie, może znów zaskrzypiały drzwi do gabinetu, może było to coś innego. W tym stanie Ellen nie potrafiła odróżnić snu od rzeczywistości.
A sen miała straszny, naprawdę okropny. Sen albo wrażenie, że nie jest sama w miejscu, w którym nikogo nie powinno być. Poderwała się raz, wstrząsnął nią dreszcz, i zasnęła znowu. Już nic się jej nie śniło.
Ale to, co wydarzyło się trzeciej nocy, naprawdę poderwało ją na równe nogi…
ROZDZIAŁ II
W ciągu dnia do zajazdu zajrzał nowy dyrektor, Steen. Towarzyszył mu Nieclaysen, poprzedni właściciel. Steen, parweniusz o czerwonej nalanej twarzy, z grożącym mu w każdej chwili zawałem serca i jedną jedyną namiętnością w życiu, mianowicie pieniędzmi, sprawiał wrażenie nieco zagubionego, gdy słuchał relacji pani Sinclair o renowacji na starszej części domu i wyjaśnień, dlaczego drzwi pozostawiono nie ruszone. Uznał jednak, że historia zamkniętego pokoju jest świetną reklamą dla zajazdu.
– Trzeba to jeszcze grubo polać sosem mokrej od łez romantyczności – przykazał pani Sinclair. – Cudzoziemcy to uwielbiają.
