Pod wieczór jednak, kiedy zaczęło się zmierzchać, dom powoli przycichał, aż wreszcie i pani Sinclair pojednawczo powiedziała Ellen „dobranoc” i kazała jej zamknąć się na wszystkie spusty.

Ellen wykonała polecenie, zabrała z kuchni szklankę soku pomarańczowego i przygnębiona poczłapała po stromych schodach do swego krzywego pokoiku w najstarszej części domu.

Smętny, monotonny szum rzeki słychać było teraz wyraźniej. Gdzieś w głębi lasu śpiewał drozd, jego smutne trele niosły się dokoła. Samotna, samotna… jeśli nawet we wsi znajdowali się jacyś młodzi ludzie, to nie było ich słychać. Ani warkotu samochodu, ani odgłosu motocykla… Ciszy wczesnoletniego wieczoru nie mącił żaden ludzki głos.

Ellen starannie złożyła narzutę w różyczki. Doszła właśnie do wniosku, że wcale, ale to wcale nie jest jej przyjemnie w tym starym domu. Zaraz za drzwiami ciągnął się kręty korytarzyk i szereg zamkniętych drzwi. Pod nią – puste piętro, na którym mieszkał kiedyś sam właściciel zajazdu. Nieco dalej zaczynało się skrzydło kuchenne, przylegające do jeszcze jednego pustego budynku, z drugiej strony zaś stajnie, gdzie za dawnych czasów trzymano konie na zmianę. A teraz w całym zajeździe przebywała tylko ona, Ellen Knutsen, z dwudziestego wieku. Nigdy szczególnie nie bała się ciemności, ale pod wpływem dość niesamowitej atmosfery, wszystkich wspomnień, jakie musiał kryć w sobie ten dom, odczuwała pewien niepokój.

Właśnie w takich chwilach człowiek uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny, myślała przygnębiona. Ellen już wiele razy w swoim krótkim życiu doznała rozczarowań, ale wciąż z tym samym entuzjazmem całą duszą angażowała się w najbardziej szalone przedsięwzięcia: organizowała zbiórki i kiermasze dobroczynne na cel, który właśnie poruszył jej serce, protestowała przeciw niesprawiedliwości i upominała się za najsłabszymi tylko po to, by ostatecznie się przekonać, że nie zawsze można przełamać opór większości, że to właśnie ogół często ma rację, a słaby jest po prostu słaby i nie dorasta do sytuacji…



6 из 177