
— A więc mogę zacząć wywiad?
— Oczywiście. Choć nie biorę odpowiedzialności za jego zachowanie. Uraz spowodowany śmiercią, choć jego znaczenie jest wyolbrzymione, mimo wszystko może…
— Tak. Wspaniale. — Podeszła do Blaine’a i pochyliła się nad nim. Była bardzo ładna. Miała regularne rysy twarzy, świeżą i promieniejącą cerę. Długie, połyskujące brązowe włosy gładko przylegały do głowy, a wokół unosił się delikatny zapach perfum. Byłaby piękna, gdyby nie surowy wyraz jej twarzy. Trudno było wyobrazić ją sobie płaczącą czy śmiejącą się, a jeszcze trudniej — w łóżku. Sprawiała wrażenie osoby fanatycznie oddanej jakiejś idei, ale podejrzewał, że zależało jej tylko na osobistej korzyści.
— Dzień dobry, panie Blaine. Jestem Marie Thorne.
— Dzień dobry — odpowiedział pogodnym głosem.
— Panie Blaine, jak pan myśli, gdzie pan się znajduje?
— Przypuszczam, że w szpitalu, przynajmniej… — przerwał, zauważywszy w jej ręku mały mikrofon.
— Proszę, niech pan mówi dalej.
Dała znać ręką i kilku mężczyzn wtoczyło do pokoju jakiś sprzęt.
— Niech pan nie przerywa sobie. Proszę dokończyć zdanie.
— Do diabła — powiedział ponuro Blaine, przypatrując się przygotowaniom. — Co to jest? Co zamierzacie robić?
— Próbujemy panu pomóc — odpowiedziała Marie Thorne. — Czy nie chce pan z nami współpracować?
Skinął głową. Miał nadzieję, że się uśmiechnie. Nagle poczuł, że stracił pewność siebie. Czyżby coś mu się stało?
— Czy pamiętasz wypadek? — zapytała.
— Jaki wypadek?
— Czy pamiętasz, jak zostałeś zraniony?
Blaine wstrząsnął się na wspomnienie zbliżających się świateł, wyjącego motoru, zderzenia.
— Tak. Złamała się kierownica. Drążek przebił mi pierś. Potem uderzyłem się w głowę.
— Spójrz na swoją pierś — powiedziała miękko. Spojrzał. Był ubrany w białą piżamę, a na jego piersi nie było nawet jednej blizny.
