— To niemożliwe! — krzyknął. Jego własny głos dochodził do niego z oddali, wydał mu się nierzeczywisty. Obawiał się zgrupowanych wokół łóżka mężczyzn; wymieniali uwagi o swoich urządzeniach, ale sprawiali na nim wrażenie duchów, istot niematerialnych. Ich słabe, nieciekawe głosy przypominały brzęczenie much uderzających o szybę.

— Ładna reakcja.

— O tak.

— Nie jesteś ranny — powiedziała to Marie Thorne.

Blaine spojrzał na swoje nietknięte ciało i przypomniał sobie wypadek.

— Nie mogę w to uwierzyć! — krzyknął. — Jest doskonały.

— Wspaniała mieszanka wiary i niedowierzania.

— Proszę o ciszę — powiedziała Marie Thorne. — Proszę, niech pan mówi dalej, panie Blaine.

— Pamiętam wypadek. Pamiętam zderzenie. Pamiętam śmierć.

— Masz to?

— Do diaska, tak.

— Cudownie autentyczne.

— Wspaniałe. Oszaleją z zachwytu!

— Proszę trochę ciszej — powiedziała. — Panie Blaine, pamięta pan umieranie?

— Tak. O tak! Umarłem!

— Spójrz na jego twarz!

— Ta prawie groteskowa ekspresyjność podkreśla realność sceny.

— Mam nadzieję, że Reilly też będzie tego zdania.

— Panie Blaine — podsunęła mu lustro. — Niech pan spojrzy na swoje ciało. Niech pan spojrzy na swoją twarz.

Spojrzał. Wstrząsnął nim dreszcz. Dotknął tafli lustra, potem przesunął drżącymi palcami po twarzy.

— To nie jest moja twarz! Gdzie jest moja twarz? Gdzie jest moje ciało?

Miał wrażenie, że śni mu się jakiś koszmar, z którego nie może się obudzić. Cienie mężczyzn okrążyły go, ich głosy brzęczały cicho. Zajmowali się swoimi maszynami i niby nie zwracali uwagi na Blaine’a, a jednak stanowili nieokreślone zagrożenie, śledzili każdy jego ruch. Marie Thorne pochyliła nad nim swoją ładną buzię o nieruchomych rysach, a jej czerwone małe usta wypowiedziały koszmarne słowa.



6 из 159