
Powinna zawrócić, dokąd jednak miała się udać? Mogła tylko iść naprzód. Przynajmniej światła – i dźwięki muzyki, którą usłyszała, kiedy podeszła bliżej – upewniły ją, że on jest w domu.
Jednak wcale jej to nie pocieszyło.
Wielkie podwójne drzwi frontowe stały otworem. Na prowadzące do nich marmurowe schody wylewało się światło, a wewnątrz dźwięczały śmiechy i muzyka. Lily słyszała również odgłosy rozmów, ale widziała tylko dalekie cienie w ciemnościach i nikt nie zauważył jej nadejścia.
Weszła po marmurowych stopniach – naliczyła ich osiem – i znalazła się w holu tak rzęsiście oświetlonym, że naraz poczuła się pomniejszona, zabrakło jej oddechu, nie była w stanie zebrać myśli. Wszędzie widziała ludzi spacerujących w holu, idących w górę i w dół po wielkich marmurowych schodach. Wszyscy mieli na sobie stroje z pięknych tkanin i obsypani byli klejnotami. A ona wyobrażała sobie naiwnie, że podejdzie do zamkniętych drzwi, zapuka, a wtedy on jej otworzy.
Naraz pożałowała, że nie pozwoliła kapitanowi Harrisowi, by napisał list, i nie poczekała na odpowiedź. To, co zamiast tego zrobiła, już nie wydawało się jej takie mądre.
W holu stało kilku lokajów, każdy w liberii i białej peruce. Ujrzała z ulgą że jeden z nich spiesznie kroczy w jej kierunku. Czuła się tu jak niewidzialna i jednocześnie zbyt rzucająca się w oczy.
– Wynocha stąd, natychmiast! – rozkazał mężczyzna, zniżając głos. Zaczął kierować ją w stronę drzwi, starając się jej nie popychać. Najwyraźniej nie chciał zwracać niczyjej uwagi. – Jeśli masz tu jakieś sprawy, zaprowadzę cię do wejścia dla służby. Wątpię jednak, zwłaszcza o tej porze.
