
– Chciałabym mówić z hrabią Kilbourne. – Lily nigdy nie myślała o nim w ten sposób. Poczuła, jakby mówiła o nieznajomym.
– O, doprawdy? – Służący zmiażdżył ją pogardliwym spojrzeniem. – Jeśli przyszłaś tu na żebry, wynoś się, zanim wezwę konstabla.
– Chciałabym mówić z hrabią Kilbourne – powtórzyła, nie ruszając się z miejsca.
Lokaj położył na jej ramieniu ręce w białych rękawiczkach, najwyraźniej zamierzając ją w tej sytuacji wyprowadzić siłą. Inny mężczyzna, odziany na biało i czarno, chociaż nie tak wspaniale jak inni dżentelmeni spacerujący po holu i schodach, stanął za nim. On również musiał być służącym, chociaż zapewne wyższym rangą niż ten pierwszy.
– Co się dzieje, Jones? – spytał zimno. – Czyżby nie chciała wyjść dobrowolnie?
– Chciałabym mówić z hrabią Kilbourne – powiedziała Lily.
– Albo wyjdziesz teraz z własnej woli, albo za pięć minut zabiorą cię stąd i za włóczęgostwo wrzucą do więzienia. Wybieraj, kobieto. Dla mnie to bez różnicy. Jaka jest twoja decyzja?
Lily znów otworzyła usta i zaczerpnęła powietrza. Rzeczywiście, wybrała złą porę. Odbywało się jakieś wielkie przyjęcie. On nie będzie jej wdzięczny, jeśli ją teraz zobaczy. Może w ogóle nie będzie zadowolony, że przyjechała. Teraz, kiedy zobaczyła to wszystko, zaczynała pojmować nierealność swoich planów. Czy miała inne wyjście? Dokąd miała się udać? Zamknęła usta.
– No, więc? – spytał ważniejszy służący.
– Jakieś kłopoty, Forbes? – rozległ się inny, bardziej kulturalny głos. Odwróciwszy się, Lily ujrzała starszego pana o siwych włosach, stojącego pod rękę z damą w czerwonej satynie i identycznym turbanie ozdobionym piórem. Na każdym palcu odzianych w rękawiczki dłoni kobiety błyszczał pierścionek.
– Nie, książę. – Służący nazwiskiem Forbes ukłonił się z szacunkiem. – To tylko żebraczka, która zuchwale się tu przyplątała. Zaraz jej tu nie będzie.
