– Dobrze, dajcie jej sześciopensówkę. – Mężczyzna spojrzał na Lily z uprzejmością. – Będziesz mogła kupić sobie chleba na kilka dni, dziewczyno.

Z zamierającym sercem Lily doszła do wniosku, że to nie najlepsza pora, by upierać się przy swoim. Oto znajdowała się u kresu podróży, a przecież dzielił ją większy dystans niż kiedykolwiek przedtem. Ubrany na czarno służący grzebał w kieszeni, prawdopodobnie w poszukiwaniu monety.

– Dziękuję – odparła z godnością. – Nie przyszłam tu po prośbie.

Odwróciła się, kiedy ten ważniejszy służący i dżentelmen zaczęli coś mówić na raz. Wyszła spiesznie z holu i zbiegła po schodach na taras. Nie potrafiła znów stawić czoła ciemności.

W świetle księżyca znalazła wąską ścieżkę, biegnącą pod ostrym kątem w dół, pomiędzy drzewami, które rosły tu gęściej, chociaż nie zacieniały zupełnie światła. Lily zdecydowała, że pójdzie tak daleko, aż przestanie być widoczna z domu.

Ścieżka stawała się coraz bardziej stroma, drzewa zaś przerzedzały się, aż wreszcie po obu stronach dróżki ich miejsce zajęły gęste i bujne zarośla paproci. Słyszała już wodę – słaby odgłos morza i głośniejszy szum wody rozlegający się gdzieś bliżej. Domyśliła się, że to wodospad, i naraz ujrzała go, jak błyszczy w świetle księżyca na prawo od niej – wstążka wody spadającej niemal pionowo ze skalnego urwiska. U stóp wodospadu stała niewielka chatka.

Lily nie zdecydowała się iść w tamtą stronę. W środku nie widziała światła, a zresztą nie poszłaby tam, nawet gdyby je zobaczyła. Na lewo od siebie ujrzała szeroką, piaszczystą plażę i błyszczącą wstęgę księżycowego światła, biegnącą przez morze. Postanowiła, że noc spędzi właśnie tam. A jutro wróci do Newbury Abbey.


*

Kiedy następnego dnia rano Lily obudziła się, obmyła twarz i ręce w zimnej wodzie strumienia i doprowadziła się do porządku najlepiej jak umiała, aż wreszcie ruszyła w górę ścieżką wiodącą ponad porośniętym paprociami stokiem i pomiędzy drzewami do stóp wypielęgnowanego trawnika.



14 из 287