
Gondagil wierzył jednak, że Miranda będzie mogła znowu wyjść poza mury, za tydzień, może trochę później. Nie wiedział nic o definitywnie zamkniętych bramach ani o tym, że tydzień w Królestwie Światła równa się prawie trzem miesiącom u niego, w Królestwie Ciemności. Nie wiedział, że skazano ich na wieczną rozłąkę, że już się nie zobaczą.
Gondagil nigdy jeszcze nie spotkał takiej dziewczyny jak Miranda. Rozumieli się nawzajem bez słów. Ona nie próbowała zaciągnąć go do łóżka tak jak dziewczyny z jego własnego plemienia, które tylko na to czekały. Zresztą nie poznawał sam siebie, upartego samotnika, który unikał wszelkich kontaktów z ludźmi. Po raz pierwszy w swoim życiu znalazł kobietę, z którą naprawdę lubił rozmawiać. Kobietę, którą chciałby poznać bliżej, którą pragnął kochać.
W jego ciele i w duszy płonęła bolesna tęsknota, jakiej w swojej samotności wcześniej się nawet nie domyślał.
Miranda leżała na szpitalnym łóżku. To odzyskiwała przytomność, to znowu ją traciła. Miała wrażenie, że jest noc, czas snu. Było wokół niej tak cicho, wszelki ruch, różne głosy i dźwięki, szelest butów przesuwających się miękko po podłodze, wszystko zniknęło, świat tonął w ciszy.
Pod skórą chorej, tuż przy nadgarstkach, umieszczono gumowe rurki. Coś leżało na jej twarzy. Jakiś przewód albo wężyk, nie wiedziała, co to takiego.
Myślała, że jest w pokoju sama, ale nie była tego pewna.
W chwilę później musiała się znowu zdrzemnąć, ponieważ na granicy między snem a jawą usłyszała przerażający dźwięk.
O, jak dobrze to rozpoznawała, jak bardzo tego nienawidziła!
To znowu te głuche jęki z Gór Umarłych. Ciąg powietrza świadczył, że leży przy otwartym oknie, dlatego te zawodzące wołania brzmiały w nocnej ciszy tak wyraźnie.
Miranda była tam, na zewnątrz, po tamtej stronie muru. W Ciemności słyszała te krzyki z bardzo bliska.
Teraz jednak wydawało się, że przenikają przez niewidzialny mur do Królestwa Światła i kierują się właśnie ku niej, takie były silne.
