
– Ktoś by powiedział, że nie lubisz glin – mruknął Layne, kiedy szli po schodach.
Ashcroft trzymając się poręczy stanął na półpiętrze.
– Bo nie lubię. Tam… – wskazał ruchem głowy – masz archiwum. Ja idę zobaczyć, jak chłopcom lecą przesłuchania.
Layne spojrzał w wąski korytarz.
– Spotkamy się…
– Gdzieś po drodze – Ashcroft ruszył po schodach. – Nie bój się, nie będziesz spał w namiocie.
Pierwszą osobą, którą napotkał po wejściu do sali, gdzie w oddzielonych przezroczystymi przepierzeniami klatkach prowadzono przesłuchania, był Earl. Stał pod otworem wentylatora i wdmuchiwał między wirujące łopatki jedną strużkę dymu za drugą.
– Gdzie masz formularze? – spytał wyjmując papierosa z ust. – Te dla wariatów…
Ashcroft zerknął przez najbliższą szybę na siedzącą plecami do niego tęgą kobietę.
– Dla kogo?
Earl wydusił palcami żar na podłogę, a niedopałek schował do kieszeni.
– Dla mnie… – westchnął. – Chodź, sam się przekonasz.
Skręcili w lewo. Klitka różniła się od innych jedynie liczbą krzeseł. Ashcroft oparł się o taflę z pleksi i dał znak Earlowi, by kontynuował.
– Powiedz, Dombasl, raz jeszcze – zaczął porucznik. – Jak wyglądał ten człowiek, kiedy go zatrzymaliście?
Policjant z naszywkami szesnastego komisariatu zerknął niepewnie na Ashcrofta.
– Mówiłem… – chrząknął. – Gdyby nie my, toby się utopił w tym dole. Nikt z rzeźni nie chciał pomóc. Facet był poowijany w kiszki jak…
Earl już od kilku chwil patrzył boleśnie na Ashcrofta.
– Chciałbym wiedzieć… – przerwał podejrzanie spokojnym głosem. – Czy ten człowiek wyglądał na wariata?
Sierżant Dombasl stuknął palcem w kieszeń bluzy. Sądząc z odgłosu musiał tam trzymać notes.
– Podaliśmy już – zerknął na swojego kolegę o twarzy skauta. – Ten Boone gadał całkiem do rzeczy, kiedyśmy go ocucili. Tylko strasznie śmierdział.
