
– Jak Boone uderzył go w ramię, Grazia uciekł do nas. Od razu zatrzasnęłam się w przedsionku. Zanim dziewczyny się połapały, oni już się gonili po całej poczekalni. Wrzask był jak diabli.
Uśmiech zniknął z warg Ashcrofta.
– Boone również krzyczał?
– Ani pisnął. Za to Grazia ryczał jak zarzynany, ta idiotka Sandage również. Wywalali stoły…
– Co dalej?
– Grazia dopadł tylnego wyjścia i pobiegł kładką, gdzie płyną pod spodem odpadki z produkcji. Chyba chciał się wydostać z budynku. Wtedy właśnie Boone pośliznął się i zjechał prosto w te flaki.
Spojrzenia Ashcrofta i Lionela skrzyżowały się.
– I czekaliście, aż przyjedzie patrol?
– Tak – Detmers podrzuciła swój wisiorek. – Wezwał go nadzór.
Skrzypnęły drzwi i Ashcroft mógł ujrzeć przez szybę druciane okulary Layne’a. Uniósł się z krzesła.
– Dziękujemy, wiele nam pani wyjaśniła – powiedział, widząc, jak statystyk próbuje coś podsłuchać przez dzielącą ich szybę. – Lionel, zgłosisz się do mnie po wszystkim.
Kobieta spojrzała przebiegle.
– Panie kapitanie, a dostanę zaświadczenie, że byłam tu do piątej?
Ashcroft nawet nie musiał patrzeć na zegarek, żeby sprawdzić, że jest dopiero trzecia godzina. Otworzył drzwi.
– Lionel, zrób tak, jak pani prosi – mruknął i wyszedł.
Layne wskazał oczami na uśmiechającą się od ucha do ucha kobietę.
– Czym ją tak uszczęśliwiłeś? – spytał.
Ashcroft wziął go pod ramię.
– Uszczęśliwiać to ją będzie zaraz ktoś inny. Dałem jej tylko alibi – powiedział ruszając korytarzem. – Zanim powiesz mi, jaki burdel jest u nas w archiwum, odpowiedz na jedno pytanie.
Layne zerknął niepewnie.
– Jakie?
Oczy Ashcrofta spoczęły na jego skroni.
– Powiedz mi, jak się czuje facet, który ma w uchu dziurę wielkości pięciocentówki? Czy to się może do czegoś przydać…?
* * *
Dwudziestu ludzi w brudnych drelichach przypadło do ziemi i popełzło w kierunku ocieniających drogę drzew. Sunący na przodzie rudzielec dotarł tam pierwszy i delikatnie, starając się nie potrącać liści, odchylił gałązki karłowatego krzaka.
