
Sierżant oparł ręce na uchwytach inwalidzkiego wózka.
– Czy zawieźć gdzieś pana?
Z nagłą wściekłością Slayton rzucił mu lornetkę.
– Jak będę chciał jechać, wezwę taksówkę – warknął zrywając się z siedzenia.
Nie patrząc na zaskoczonego sierżanta ruszył w kierunku windy. Kabina zjawiła się jednak dopiero po dłuższej chwili. Slayton wszedł do środka i zamknął drzwi.
– Parter? – spytał stojącego w kącie mężczyznę.
Tamten skinął głową.
– Tak. Ale w windzie nie palimy.
– Toteż palę sam – strzepnął popiół na podłogę.
Na dole wrzucił jednak niedopałek do popielniczki i pobiegł w kierunku sali operacyjnej. Przed jej drzwiami stał już pilot śmigłowca i jakaś kobieta kłócąca się z pielęgniarką.
– Mogę do środka? – spytał.
Pielęgniarka spiorunowała go wzrokiem.
– Nie widzi pan? – wskazała na jarzącą się nad drzwiami lampę. – Proszę czekać, na pewno pana wezwą.
– Pan jest lekarzem? – odezwała się stojąca obok kobieta.
– Tak. Specjalistą od napromieniowania.
– Kathreen Burns – kobieta wyciągnęła rękę. – Jestem kierownikiem personalnym w Centrum.
– Slayton – powiedział ściskając jej dłoń. – Jestem oczarowany pani urodą.
– Proszę nie żartować. Ten człowiek – ruchem głowy wskazała salę operacyjną – dostał dużą dawkę. W pewnym momencie jego dozymetr uległ zniszczeniu. Zdążył zarejestrować ponad sześćset radów.
– A ile mógł dostać w sumie?
– Nie wiem, może dziewięćset, może tysiąc. To zdanie fachowców, a oni są ostrożni w określaniu dawki
– A pani?
– Myślę, że dostał trochę więcej.
– Ile?
Wzruszyła ramionami.
– Trochę więcej niż trochę.
Slayton zaklął cicho. Przez chwilę pocierał brodę, potem podszedł do pielęgniarki.
– Proszę wywołać doktora Kelly’ego. Jak najszybciej.
