
– Ozdoby na ścianach?
– Tylko na jednej, o ile dobrze pamiętam. Jakiś reliefowy wzór.
– Właśnie. Zanim opuściliśmy kryptę, w pośpiechu go odrysowałem. Miałem do dyspozycji jedynie tylną ściankę jednej z moich magicznych run, a czas nas gonił, ale sądzę, że najważniejsze elementy zdołałem skopiować.
Pokazał przyjaciółce nieduże drewienko.
– Chyba się zgadza – stwierdziła Tiril, dokładnie przyjrzawszy się wzorowi. – Jak sądzisz, co może znaczyć? Bo z pewnością nie są to znaki pisma.
– O, nie, żadną miarą. Wydaje mi się raczej, że to przypomina jakiś labirynt, ale nie wiem na pewno. I znów promieniste słońce.
– Pozwól mi przerysować ten wzór na zwykły papier, zanim zetrze się z drewna!
– Nie, sam to zrobię, przyrzekam, że zajmę się tym jeszcze dziś. Im mniej będziesz miała do czynienia z tymi strasznymi rzeczami, tym lepiej dla nas.
– Skąd wiesz, że one są straszne?
– Po prostu wiem – odparł krótko. – A w każdym razie na pewno niebezpieczne.
– Jak chcesz. Tylko o tym nie zapomnij! Móri, przyszłam do ciebie, żeby się z tobą podzielić swoimi rozterkami. Jeśli naprawdę wybieramy się na ten okropny bal na zamku, to jak my się ubierzemy?
Móri uśmiechnął się do dziewczyny i siadł na łóżku.
– Ja też się zastanawiałem. Nie pójdę przecież w tym – wskazał na swą brunatną jak ziemia pelerynę.
– Wiem, że pod nią nosisz piękne ubranie – powiedziała Tiril. – Ale chyba trochę już zniszczone?
– Trochę? Ledwie się trzyma i tylko po ciemku można się domyślać, że koszula była kiedyś śnieżnobiała.
Moja sytuacja też nie jest lepsza – roześmiała się Tiril. – Musimy zdobyć nowe stroje, ale nie wiem, jak należy się ubrać na dworski bal. – Zamyśliła się na chwilę. – Mam co prawda naszyjnik z szafirów…
– Nie – przerwał jej Móri. – Powinnaś go zabrać ze sobą, ale nie zakładać.
Tiril popatrzyła na niego pytająco. Wyjaśnił:
– To ze względu na twoją matkę. Jeśli nagle ujrzy swój klejnot na szyi nieznajomej, może przeżyć wstrząs.
