— Chcę więc polecieć do amerykańskiego sektora — zdecydowałem. Wtedy zdawało się to nie mieć żadnego znaczenia, chociaż przyszłość pokazała, że było inaczej.

Urzędnik poważnie pokiwał głową. Sprawdził moje dane aż do wieku pięciu lat — uważając, że głębiej nie ma już sensu zaglądać — i wydał mi ostateczne zezwolenie.

W porcie kosmicznym już wcześniej zajęto się moim statkiem, więc zdołałem wystartować nie rozrywając śluzy. Dopiero gdy Ziemia najpierw skurczyła się do rozmiarów punkciku, aż w końcu zniknęła, uświadomiłem sobie, że wreszcie jestem sam.


Pięćdziesiąt godzin później, przeprowadzając rutynową kontrolę zapasów, zauważyłem że jeden z worków zawierających warzywa ma kształt niepodobny do pozostałych. Otworzyłem go i zamiast stu funtów ziemniaków znalazłem dziewczynę.

Pasażerka na gapę. Przyglądałem się jej z otwartymi ustami.

— Nie pomożesz mi wydostać się z tego opakowania? — zapytała. — Może wolisz z powrotem zamknąć worek i zapomnieć, że mnie widziałeś?

Nie pozostało mi nic innego, jak pomóc jej wyjść. Była szczupłą dziewczyną o rudoblond włosach, odcieniem przypominających płomienie wydobywające się z dysz statku kosmicznego. Jej przybrudzona twarz miała zuchwały wyraz, a błękitne oczy przysłaniała mgiełka rozmarzenia. Na Ziemi bez wahania przeszedłbym dwadzieścia kilometrów, żeby się z nią spotkać. W kosmosie nie byłem jednak tego taki pewien.

— Możesz dać mi coś do jedzenia? — zapytała. — Od startu żywiłam się wyłącznie surową marchewką.

Przygotowałem jej kanapkę, a kiedy jadła, zapytałem:

— Co tu robisz i skąd się wzięłaś?

— Nie zrozumiałbyś — mruknęła między kęsami.

— Zrozumiałbym na pewno.

Podeszła do bulaja i wyjrzała przezeń na gwiazdy — głównie amerykańskie — jaśniejące w pustce amerykańskiego kosmosu.

— Chciałam być wolna — wyjaśniła.



4 из 13