
Mimo wszystko nawet w tych okolicznościach stosunki z panną O’Day układały się całkiem poprawnie.
Podróż przebiegała dosyć monotonnie, nawet szczęśliwie, do czasu aż to się wydarzyło.
Właśnie drzemałem przy konsoli, kiedy nagle intensywne światło rozbłysło przed dziobem, nieco z prawej. Odskoczyłem do tyłu, przewracając Mavis, która właśnie wkładała nową rolkę filmu do swojej kamery numer trzy.
— Przepraszam — wyjąkałem.
— Och, depcz mnie, kiedy tylko chcesz — odpowiedziała ze śmiechem.
Pomogłem jej wstać. Bliskość Mavis była niebezpiecznie przyjemna, a oszałamiający zapach Venus V drażnił mi nozdrza.
— Już możesz mnie puścić — rzekła.
— Wiem — odpowiedziałem i trzymałem dalej. Pobudzony jej bliskością, jakby z daleka usłyszałem własny głos:
— Mavis… nie znamy się długo, ale…
— Tak, Bill? — zapytała ciekawie.
W szaleństwie tej chwili zapomniałem o naszej zależności i obowiązującej relacji podejrzany — szpieg. Nie wiem, co jeszcze mógłbym powiedzieć, ale właśnie wtedy na zewnątrz znów rozbłysło światło.
Puściłem dziewczynę i pospieszyłem do konsoli. Z trudem zatrzymałem stary kliper gwiezdny i rozejrzałem się wokół.
Przed nami, w bezkresie kosmosu, wisiał niewielki odłam skalny. Na nim znajdował się chłopiec w kombinezonie kosmicznym, trzymający pudełko flar i tulący do siebie pieska przyodzianego także w strój próżniowy.
Pospiesznie wciągnęliśmy go do wnętrza i rozpięliśmy kombinezon.
— Mój piesek… — odezwał się chłopiec.
— Nic mu nie jest, synku — uspokoiłem go.
— Bardzo przepraszam, że wprosiłem się w ten sposób.
— Nie ma o czym mówić. Co tam robiłeś?
