
— Proszę pana — zaczął drżącym głosem — muszę zacząć od początku. Mój tata był doświadczalnym pilotem kosmicznym i zginął na posterunku, próbując pokonać barierę światła. Mama ostatnio jeszcze raz wyszła za mąż. Jej obecny małżonek to potężny człowiek z ciemnymi włosami, małymi rozbieganymi oczkami i wąskimi zaciśniętymi ustami. Do niedawna pracował w dużym sklepie. Nie lubił mnie od samego początku. Pewnie przypominałem mu mojego ojca, z jasnymi lokami, dużymi okrągłymi oczami i wesołym usposobieniem. Różnie między nami bywało. Aż wreszcie zmarł jego wuj (w podejrzanych zresztą okolicznościach) i odziedziczył posiadłość w brytyjskim sektorze kosmosu.
— Wyruszyliśmy więc tam naszym statkiem — ciągnął. — Kiedy dotarliśmy do tego opustoszałego miejsca, zwrócił się do mamy: „Rachel, on jest już wystarczająco duży, żeby samemu dać sobie radę”. Matka odpowiedziała: „Dirk, on jest taki młody!” Ale łagodna mama o wyjątkowo miękkim sercu nie mogła przeciwstawić się człowiekowi o nieugiętej woli, którego nigdy nie nazwę ojcem. Wpakował mnie w kombinezon, wręczył pudełko flar, ubrał Flickera w jego strój kosmiczny i powiedział: „W dzisiejszych czasach chłopiec z powodzeniem może sobie poradzić w kosmosie”. „Proszę pana, próbowałem się bronić, w zasięgu dwustu lat świetlnych nie ma tu żadnej planety…”. „Poradzisz sobie”, przerwał mi i wypchnął na tę skałę.
Dzieciak urwał, żeby zaczerpnąć powietrza, a Flicker popatrzył na mnie wilgotnymi, okrągłymi oczami. Dałem psu miskę mleka i chleb, i patrzyłem jak chłopak je kanapkę z masłem orzechowym. Mavis zaprowadziła go wreszcie do pomieszczenia mieszkalnego i troskliwie ułożyła do łóżka.
Wróciłem do kokpitu, ponownie uruchomiłem napęd i włączyłem interkom.
— Obudź się, ty mały idioto! — usłyszałem głos Mavis.
— Niech mi pani da spać — bronił się dzieciak.
— Obudź się! Po co Kongres cię tu przysłał? Czy oni nie wiedzą, że to sprawa FBI?
