
Per Olav Winger ruszył dalej w głąb domu na poszukiwanie innych, oni jednak zdążyli już opuścić Lipową Aleję. Sycząc ze złości pognał ku następnemu domostwu Ludzi Lodu.
Ktoś pomógł Benedikte stanąć na nogi. Heike. Jej opiekun.
– Pozwoliliśmy, aby to się stało, Benedikte – powiedział, uśmiechając się do niej z czułością. – Tengel Zły zgotował broń przeciwko samemu sobie. Potrzebujemy cię. Nam bardziej się przydasz. Jako jedna z nas, ze swymi zdolnościami odczytywania historii przedmiotów i widzenia tego, co ukryte, będziesz mogła skuteczniej mu zagrozić.
– Ale on chce zgładzić innych! Dzieci! Trzeba je ratować.
– To właśnie staramy się robić.
Nagle Benedikte zorientowała się, że w pomieszczeniu są jeszcze inni, Tengel Dobry, Sol i Shira. Patrzyła na nich z radością, a oni witali ją w swej gromadzie.
– Jak widzisz, niewiele nas tu przybyło – rzekł Tengel Dobry. – Wszyscy inni zajęci są chronieniem swoich protegowanych przed Tengelem Złym. Nie mogę głośno powiedzieć, dokąd zostaną zaprowadzeni, ale ty to wiesz, prawda?
Tak, Benedikte zrozumiała. Dzieci postanowiono w tajemnicy doprowadzić do Góry Demonów. Dzięki Bogu, u Tuli będą bezpieczne!
Popatrzyła na siebie i ze zdumieniem odkryła, że nie ma już na sobie swej dostojnej sukni, jaka przystała sędziwej damie. Teraz ubrana była tak jak oni, w prostą jasną szatę. A jej ręce? Wszystkie brunatne plamy i nabrzmiałe żyły, jakie pojawiają się z wiekiem, zniknęły.
– Tak, znów jesteś młoda, Benedikte – uśmiechnęła się Sol. – I bardzo śliczna i kobieca. Wzruszająco kobieca, zawsze taka byłaś.
– Dziękuję – odparła zdumiona. – Ale uważałam się za wielką, niezgrabną i męską.
– Myliłaś się – stwierdziła Sol. – Wzrost nie wadzi kobiecości!
– Ach, tak – niepewnie odpowiedziała Benedikte, w głębi ducha uszczęśliwiona. Szkoda, że nie ma przy tym Sandera!
