– Nie, zatrzymajcie się – szepnęła Halkatla. – Naprawdę nie poznajesz go, Rune?

„Wierzchołek góry” rozpostarł się, to znaczy łokcie opadły, odsłaniając nagą szarawą głowę. Pojawiła się twarz o regularnych rysach i oczach jak czarne studnie bez dna z maleńkim tańczącym zielonym płomykiem. Drwiący, pełen pogardy śmiech…

– Shama – szepnął Rune. – Tak, jego się nie zapomina. Dalej, jedziemy!

Shama, Kamień. Pan zgasłych nadziei, władca nagłych śmierci. Z pozoru niegroźny, zawsze z ironicznym błyskiem w oku. Ale bardziej niebezpieczny niż kobra!

Potężne, lecz kształtne ramię wyciągnęło się, by ich schwytać. Tova uderzyła w krzyk. Jasne się stało, że nie zdołają przed nim umknąć. Cieszyła się tylko, że po południu ruch samochodowy nie był duży, bo gdyby nadjechał teraz inny pojazd… Nie chciała, aby Bogu ducha winnych ludzi spotkało coś złego.

Wszyscy czworo rzucili się do wozu, Tova jak najszybciej starała się zawrócić, ale już padł na nich cień olbrzymiej dłoni z długimi szponami.

A przy drodze stało inne przerażające, choć bardziej ludzkie stworzenie.

– Dobry Boże – jęknął Morahan. – Co to właściwie jest?

Runemu i Halkatli nie groziło niebezpieczeństwo, tak przynajmniej sądzili, lecz Tova i Morahan byli żywymi ludźmi.

I wtedy znów usłyszeli huk oznajmiający, że nadciągają Demony Wichru pod dowództwem Tajfuna.

– Dzięki! O, dzięki! – zawołała Tova. Poczuła nagle, że ze strachu zlał ją zimny pot.

Rune wrzasnął głośno:

– Uważaj, Tajfunie, uważaj!

Demony Wichru już siekły ziemię wokół Shamy, całkiem go oślepiając. Powietrze wokół niego grzmiało, nadciągnęło też nieznośne gorąco, a ziemia zmieszała się z wodą z bagnisk. Zrozumieli, że Tajfunowi pospieszyły z pomocą cztery duchy Taran-gai: Ziemia, Ogień, Powietrze i Woda.



19 из 178