
Skulili się we czworo w samochodzie, by osłonić się przed zapierającymi dech w piersiach wirami powietrza, Morahan walczył z opornym oknem po swojej stronie, bo przez szparę wpadały do środka grudki ziemi i drobne kamienie. Zapanował piekielny zgiełk, unosił się żwir i wielkie kawały asfaltu wyrwanego z szosy. Jeden z nich wirując uderzył w przednią szybę samochodu, pasażerowie przerażeni ześlizgnęli się na dół. O dziwo, szyba wytrzymała.
Shama miał już dosyć, ustąpił pokonany. Wykrzywiając się z wściekłością do demonów i czterech duchów, których ludzie nie mogli widzieć, lecz wyczuwali ich obecność, wyjąc zapadł się z powrotem w ziemię.
Droga zamknęła się za nim, jak gdyby nigdy nie powstała w niej żadna rozpadlina.
Lecz owa straszna ludzka istota przy drodze, ta, której nie byli w stanie dokładnie się przyjrzeć i zrozumieć, która budziła w nich jedynie odrazę, z pozoru niewzruszona stała nadal.
Rune odkaszlnął i wypluł ziemię z ust.
– Jedź – szepnął ochryple. – Jedź, jakby goniły cię wszystkie potwory świata! To prawa ręka Tengela Złego, niemal tak samo niebezpieczny jak on sam.
– Numer Jeden? – mruknęła Tova, której udało się już uruchomić samochód.
– Tak. Och, a więc stało się najgorsze! Ostrzegałem je!
Ujrzeli, jak budzący grozę mężczyzna wyciąga ręce w stronę demonów. W oczach lśniła mu nienawiść i triumf.
Wichry zaniosły się krzykiem. Zawodziły ze strachu, wyły z całych sił, a że było ich dwadzieścia, większego hałasu Tova nigdy nie słyszała. Musiała zahamować i zatkać palcami uszy, inaczej popękałyby jej bębenki. Morahan zrobił to samo.
Poprzez piekielny huk przedarł się głos Tajfuna:
– Ratunku! Pomóżcie nam! Wielka Otchłań!
Rune odkrzyknął:
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy!
