
Marco stłumił westchnienie i spytał:
– O czym chciałaś ze mną rozmawiać?
Tova próbując zapomnieć o fatalnym działaniu, jakie wywierała na nią bliskość Marca, powiedziała:
– Właśnie o Morahanie… – Starała się, aby jej głos brzmiał jak najbardziej przekonująco. – Marco… Ty uzdrowiłeś śmiertelnie chorą Marit z Grodziska i tchnąłeś życie w Runego…
– To ostatnie nie było moją zasługą – przerwał jej Marco. – To dzieło specjalnie wybranych czarnych aniołów.
– No dobrze, ale Marit z Grodziska? Czy Morahanowi także nie mógłbyś pomóc?
– Chciałabyś tego? – spytał, badawczo się w nią wpatrując.
– Oczywiście! Zasługuje na coś lepszego niż śmierć w tak młodym wieku.
– Rzeczywiście jest sympatyczny. Ale nie wydaje mi się, abym mógł to zrobić, Tovo. Jak wiesz, jestem teraz bardziej człowiekiem niż czarnym aniołem.
– Ale czy nie możesz spróbować?
– I dać mu złudne nadzieje? W dodatku to ogromnie żmudny proces, nawet dla mnie.
– Zwłaszcza dla ciebie, podejrzewam.
– Tak, a kiedy nie jestem w pełni sił… Ale możemy spróbować później, wtedy znów będę sobą.
– Jeśli w ogóle będzie jakieś później. I dobrze wiesz, że Morahan nie może czekać.
– Owszem, wiem. Ale w tej chwili nie śmiem porywać się na taki eksperyment. Odwrócenie procesu umierania, który posunął się aż tak daleko, przekracza teraz moje możliwości. Ale, Tovo, nie wolno ci wątpić, że uda nam się wypełnić nasze trudne zadanie! Brak wiary w siebie oznacza, że straciło się już więcej niż połowę szans na powodzenie.
– O, do diabła, mam więcej niż tysiąc powodów, żeby zniszczyć tego przeklętego potwora!
– Musisz tak bez pamięci przeklinać, Tovo?
– Tak, do kroćset, to umacnia motywację! No, spróbuję z tego zrezygnować, obiecuję… chyba.
Przez chwilę milczeli, przysłuchując się dźwiękom nocy: stłumionym głosom ptaków, szemraniu wiosennych potoków spływających z gór, warkotowi przejeżdżającego w oddali samochodu…
