
– Ale potwora w bloku nie mogli nie zauważyć. Równie dobrze możesz więc…
Słowa przerwał mu straszny kaszel. Tova, słysząc rzężenie, przeraziła się nie na żarty. Przecież on umiera! Och, nie, nie chcę tego!
Tova nie przywykła do zajmowania się innymi. Jej zdaniem świadczyło to o przesłodzonym sentymentalizmie. Nieświadoma jednak tego, co robi, wyszła z samochodu i przesiadła się do Morahana na tylne siedzenie. W ten sposób w środku nie zrobiło się ani trochę luźniej, ale wcale się nad tym nie zastanawiała, tuliła go do siebie, podczas gdy jego ciałem wstrząsały bolesne ataki kaszlu.
Cholera, powtarzała w duchu. Cholera, cholera!
Ale sama nie wiedziała, kogo czy co przeklina.
Wreszcie Morahan mógł odetchnąć spokojniej. W półmroku widziała jego rozpalone, udręczone oczy i ku swemu szczeremu zdumieniu poczuła jego rękę głaszczącą ją po szczeciniastych, pod każdym względem brzydkich włosach.
– Jesteś wspaniałą dziewczyną, Tovo – szepnął z wysiłkiem.
Ogarnęło ją wzburzenie. Wierna swoim zwyczajom już miała cisnąć mu w twarz jedną ze swych diabelsko złośliwych replik, ale powstrzymała się. Morahan nie zasługiwał na przykrości. Posiedziała więc przy nim jeszcze chwilę i powiedziała opryskliwym tonem:
– Może byśmy wreszcie trochę pospali.
Ale słowa Irlandczyka na zawsze wryły się w jej pamięć.
Wśród powiewów nocnego wiatru spotkali się Marco, Halkatla i Rune, trójka mogąca obyć się bez snu. No, może Marco teraz, kiedy był człowiekiem, bardziej tego potrzebował. Rune i Halkatla nie byli uzależnieni od takich wygód.
– Gdzie chodziłeś, Rune? – spytał Marco.
– Właśnie, ja także się nad tym zastanawiam – wtrąciła się Halkatla. – Wszędzie cię szukałam.
– Nasłuchiwałem – wyjaśnił Rune, uśmiechając się krzywo.
