
– I co z tego?
No tak, na to nie mieli żadnej odpowiedzi.
– Niech dobre moce nad tobą czuwają – ciepło powiedziała Halkatla. – A więc jedźcie już, my postaramy się zatrzymać ich przy samochodzie. Ruszymy im na spotkanie, na południe.
– I co będzie z wami? – spytał Morahan.
Roześmieli się serdecznie.
– Na pewno jakoś sobie poradzimy!
– Butelki… – zaczęła Tova. – Ty masz dwie, prawda, Marco? A Nataniela…? No tak, pewnie ma ją przy sobie.
– Strzeż swojej niczym oka w głowie, Tovo, a my zajmiemy się pozostałymi – uśmiechnął się do niej Marco. – Wiesz, że w tobie teraz cała nadzieja. Musisz tam dotrzeć pierwsza!
Westchnęła drżąco i powiedziała:
– T-tak, w-wiem o tym.
Marco delikatnie ucałował ją w policzek. Tova spłonęła rumieńcem i rozgniewana zawołała z płaczem:
– Nie wolno wam tak robić! Ani tobie, ani Morahanowi, nie możecie…
Reszta zdania zamieniła się w niezrozumiałe dźwięki.
Tova rzuciła się do motocykla.
– Jedźmy, do cholery!
Marco poszedł za nią.
– To nie było przyjemne pożegnanie. Mogłabyś przynajmniej powiedzieć „do widzenia” innym.
– Oczywiście, przepraszam – mruknęła Tova, żałując swego wybuchu. – Uważaj na siebie, Halkatlo! I ty także, Rune! Jesteście moimi przyjaciółmi i tak cholernie was lubię. Niech Bóg się nad wami zmiłuje, jeśli będę musiała was stracić!
Uśmiechnęli się do niej mówiąc, że i im bardzo na niej zależy, a potem po kolei podchodzili do Morahana i dłońmi przesuwali po jego zewnętrznym niewidzialnym ciele, tak zwanej aurze, dając mu tym samym pewną ochronę, nie tak silną, jak miała Tova, ale na jakiś czas wystarczającą.
Tova nieco zakłopotana odwróciła się ze swego miejsca za Morahanem i popatrzyła na stojących w mroku nocy. Halkatla, zostaw moich chłopców, chciała jeszcze szepnąć, ale tylko pomachała na pożegnanie.
