
– W każdym razie na pewno będę szczery.
– To wystarczy.
Tova usadowiła się wygodniej. Światło poranka zdecydowanie już wygrało z nocą, ale wciąż jeszcze było zbyt wcześnie, aby na drodze rozpoczął się jakikolwiek ruch. Zastanawiała się, czy ktoś mógłby zauważyć motocykl, miała jednak nadzieję, że nie. W okolicy, gdzie wypadli z szosy, ziemia była nieprzyjemnie pofałdowana.
W pokoju zapanowało teraz rozkoszne ciepło. Kiedy Morahan leżał na plecach tak jak teraz, twarz wygładzała mu się, młodniała. Zdaniem Tovy był przystojnym mężczyzną. Dlatego właśnie odwróciła głowę.
Wreszcie zaczęła niepewnie:
– Dawno temu, w głębokim średniowieczu, niewielka grupa ludzi z mongolskiego plemienia wędrowała na zachód przez tundrę, wypędzona ze swych siedzib z powodu uprawiania czarów. Wśród nich znalazł się także niesłychanie zły chłopiec, prawdziwy pomiot szatana. Nosił imię Tan-ghil, a to znaczy „Urodzony pod czarnym słońcem”.
– To pewnie był Tengel Zły?
– Tak. Podczas tej wędrówki na zachód dotarł do Źródeł Życia i udało mu się odszukać Źródło Zła. Można do niego dotrzeć tylko wówczas, gdy nie ma się w sobie nawet krztyny dobra.
– I właśnie tam obiecano mu wieczne życie i władzę nad ludzkością?
– Tak. Dobrze, że się nie naśmiewasz, Ianie, inaczej byłoby mi przykro.
– Wcale się nie śmieję.
– Tak więc Tengel Zły otrzymał to pod warunkiem, że w każdym następnym pokoleniu jeden z jego potomków będzie służyć złu. Ci dotknięci odznaczać się mieli szczególnym wyglądem, między innymi po kociemu żółtymi oczyma, mieli też być niespotykanie źli i znać się na czarach.
– I ty właśnie byłaś jedną z nich.
– Tak.
– Moje małe biedactwo! Ale coś mi podpowiada, że Halkatla jest druga, która tak jak ty przeszła na stronę przeciwnika?
– To prawda – szybko przytaknęła Tova, nie chcąc zagłębiać się w szczegóły dotyczące Halkatli. Prawdę należało Morahanowi serwować małymi porcjami, inaczej nie byłby w stanie jej przyjąć. „Moje małe biedactwo…” Jak to pięknie zabrzmiało!
