Nie można było winić Mamy i Taty, aczkolwiek Johanna podejrzewała, że rodzice obwiniali siebie za to, co się stało. Ucieczka została zorganizowana, gdy wszystkie materiały mieli pod ręką, w ostatniej chwili, kiedy nagle eksperyment okazał się niebezpieczny. Członkowie personelu Górnego Laboratorium zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby uratować swoje dzieci i ochronić je przed rosnącym zagrożeniem. Niemniej jednak wydawało się, że wszystkiemu można by było zaradzić, gdyby…

— Johanno! Tata mówi, że już nie ma czasu! — krzyknął do niej Jefri, wsuwając głowę przez właz. — Mówi, żebyś skończyła i przyszła na górę!

— W porządku! — I tak nie powinna była tu schodzić; nie mogła już nic zrobić, aby pomóc przyjaciołom.

Tami i Giske, i Magda… och, żeby się tylko uratowały. Rękami zapierając się o ściany, Johanna przesunęła się wzdłuż wąskiego odstępu i omal nie wpadła na Jefriego, który nadlatywał z przeciwnej strony. Schwycił ją za rękę i trzymał mocno, podczas gdy oboje szybowali w stronę włazu. Przez ostatnie dwa dni wcale nie płakał, ale stracił dużo ze swej niezależności, którą cieszył się przez cały ostatni rok. Teraz jego oczy były szeroko otwarte.

— Schodzimy w dół niedaleko bieguna północnego, tam gdzie te wyspy i pełno lodu!

W kabinie znajdującej się za włazem ich rodzice przypinali się pasami. Kapitan Arne Olsndot spojrzał na nią i uśmiechnął się.

— Hej, mała! Siadaj. Na dole będziemy za niecałą godzinę.

Johanna odpowiedziała uśmiechem, niemal dając się porwać jego entuzjastycznym okrzykom. Nieważne, że dwadzieścia dni lecieli uwięzieni w ciasnej i dusznej przestrzeni małego pojazdu, którego urządzenia coraz bardziej zawodziły. Tata wciąż sprawiał wrażenie buńczucznego awanturnika z plakatu filmu przygodowego. Światło bijące od wyświetlacza odbijało się w szwach jego kombinezonu ciśnieniowego. Jeszcze przed chwilą był na zewnątrz.



11 из 727