
Sjana Olsndot miała rację — był to dość nowatorski sposób schodzenia z orbity, metoda nie zalecana w normalnych warunkach.
To lądowanie oczywiście nie zostało przewidziane w oryginalnych planach ucieczki. Mieli spotkać się z fregatą wiozącą wszystkich pozostałych dorosłych, którzy mogli uciec z Górnego Laboratorium. Oczywiście planowali połączenie statków, całkowicie rutynowy manewr. Ale fregaty nie było i teraz mogli liczyć tylko na siebie. Wzrok Johanny mimowolnie przesunął się w stronę fragmentu kadłuba widocznego pomiędzy postaciami rodziców, gdzie znajdowała się dobrze znana plama. Przypominała wyglądem szary grzyb… wyrastający z nieskazitelnie czystej ceramiki pokrywającej wnętrze. Rodzice zawsze starali się unikać rozmów na jej temat, nawet teraz, ograniczając się do odganiania Jefriego, kiedy próbował zbliżyć się do tajemniczego nalotu. Ale kiedyś Johanna podsłuchała ich rozmowę, gdy oboje myśleli, że wraz z bratem znajduje się po drugiej stronie statku. Ojciec niemal płakał ze złości:
— Wszystko na nic! — mówił cicho. — Stworzyliśmy potwora i uciekliśmy, a teraz błąkamy się po Dnie.
I głos Mamy, jeszcze cichszy niż Taty:
— Mówię ci po raz tysięczny, na pewno nie wszystko na nic, Arne. Mamy przecież dzieci. — Po chwili machnęła ręką w stronę chropowatej powłoki pokrywającej ściany statku. — I biorąc pod uwagę nasze marzenia… naszą drogę… Myślę, że to najlepsze spełnienie oczekiwań. W pewnym sensie mamy tu odpowiedź na całe zło, jakie pobudziliśmy do życia.
I wtedy rozległy się odgłosy podskoków Jefriego w ładowni, zwiastując jego rychłe nadejście, co sprawiło, że rodzice gwałtownie zamilkli. Johanna nie miała odwagi zapytać, o czym rozmawiali. W Górnym Laboratorium była świadkiem wielu dziwnych rzeczy, które, w miarę jak ich pobyt zbliżał się do końca, zaczęła okrywać jakaś przerażająca tajemnica. Zdarzało się jej także widzieć ludzi, którzy nagle przestawali być tacy jak przedtem.
