
Presfora szła równolegle do niego, ale ponad wrzosowiskiem. Była całkiem rozmowna, dopóki nie weszli w zakręt doliny, gdzie ich oczom ukazały się rolnicze wioski i widniejące w oddali wyspy. Gdzieś tam oczekiwał na nią zamek Ociosa i tajemnicze spotkanie.
Wszędzie było pełno Skryby Jaqueramaphana, biegającego wokół nich w szaleńczym podnieceniu. Zbierał się w dwójki lub trójki, wyprawiając figle, które wywoływały śmiech nawet u surowej Presfory, a następnie wspinał się na pobliskie wzniesienia i relacjonował im, co widzi. On pierwszy dostrzegł morski brzeg. To podziałało na niego otrzeźwiająco. Cała błazenada była wystarczająco niebezpieczna, nawet gdyby nie znajdowali się w okolicach zamieszkanych przez słynnych gwałtowników.
Wickwrackrum zarządził przerwę i zebrał się w jedno miejsce, aby poprawić poluzowane troki bagażu. Przygotowywał się do spędzenia reszty popołudnia w rosnącym napięciu. Będzie musiał zdecydować, czy rzeczywiście chce wejść do zamku razem ze swymi nowymi przyjaciółmi. Umiłowanie przygód i awanturniczy duch mają swoje granice, nawet jeśli jest się pielgrzymem.
— Hej, czy słyszycie jakiś niski dźwięk? — zawołała Presfora. Wędrownik nastawił uszu. Słychać było jakiś grzmot — potężny, ale jakby na granicy słyszalności. Na chwilę jego zdziwienie zmieszało się ze strachem. Jakieś sto lat temu miał okazję być świadkiem przerażającego trzęsienia ziemi. Dźwięk ten wydał mu się znajomy, ale ziemia pod jego stopami pozostawała nieruchoma. Czy posępny ryk nie zwiastował czasem obsuwania się całych połaci terenu i silnych strumieni wody płynących we wszystkie strony? Przyczaił się, kucając i rozglądając się na wszystkie strony.
