
Na szczęście na parę chwil stracił przytomność. Kiedy przyszedł do siebie, dźwięk już zniknął. Jednakże dzwonienie, jakie pozostawił mu w tympanach, sprawiało, że nie mógł zebrać myśli. Oszołomiony zaczął iść, potykając się. Wydawało mu się, że pada deszcz… tyle że niektóre kropelki dziwnie świeciły. Tu i ówdzie w całym lesie pojawiały się małe płomienie. Ukrył się pod gęstymi koronami drzew, do chwili kiedy z góry przestały spadać kawałki rozpalonej skały. Płomienie nie zdołały się rozprzestrzenić. Lato było stosunkowo wilgotne.
Wędrownik leżał cicho, oczekując nowego deszczu gorących kamieni bądź kolejnego hałasu. Ale nic takiego nie nastąpiło. Wiatr poruszający koronami drzew ucichł. Znów słyszał odgłosy ptaków, skwierczy i świderników. Wyszedł na skraj lasu i rozejrzał się. Poza ogromnymi połaciami spalonego wrzosu wszystko wyglądało całkiem zwyczajnie. Ale obszar, jaki mógł ogarnąć wzrokiem, był nader ograniczony. Widział wysokie zbocza doliny i kilka szczytów wzgórz. Ha! Trzysta jardów dalej, w górze stoku, siedział Skryba Jaqueramaphan. Większość jego członków przycupnęła w dziurach i nieckach, ale kilku innych patrzyło w stronę miejsca, gdzie musiała upaść gwiazda. Wędrownik zmrużył oczy. Skryba na ogół sprawiał wrażenie straszliwego bufona. Ale czasami wydawało się, że to tylko przykrywka; jeśli naprawdę był szaleńcem, to obdarzonym iskierką geniuszu. Nie jeden raz Wiek miał okazję widzieć go z dali, jak manipulował w parach jakimś dziwnym przyrządem… Podobnie było teraz: jego towarzysz podróży trzymał przed sobą długi przedmiot, którego cieńszy koniec kierował ku oku.
