Pazurków? Miałem na myśli korzenie, rzecz jasna.

Po chwili znowu znaleźli się poza obrębem cienia. Usłyszał głębokie westchnienia ulgi.

Mimo wszystko przemarzł w jasnym porannym słońcu do szpiku kości. Nie chciał się odwracać, ale miał wrażenie, jakby w tej złożonej z czterech ostrych szpiców koronie ohydnej góry znajdowały się jakieś oczy, posyłające w ślad za nim przenikliwe spojrzenia.

Wkrótce potem zobaczył coś nowego: brzeg wznosił się coraz bardziej. Daleko przed nimi majaczyły prawdziwe górskie szczyty, całkiem nieoczekiwane w tej bezkresnej, płaskiej tundrze.

Domyślał się, co to może być.

– Taran-gai? – zapytał.

Obaj Juraci kiwali głowami. Uśmiechy zniknęły z ich twarzy, trzęśli się z przerażenia.

Daniel rozumiał ich bardzo dobrze. W miarę jak łódź posuwała się naprzód po zielonkawych wodach lodowatego morza, góry stawały się coraz wyższe. W końcu łódź znalazła się u górzystych wybrzeży Taran-gai i sunęła na wschód pod pionowymi ścianami, a na jej pokładzie zaległa cisza. Samojedzi utrzymywali maleńką łódeczkę tak daleko od brzegu, jak to tylko możliwe, najwyraźniej nie mieli ochoty podejść zbyt blisko lądu. Daniel zresztą za nic by ich do tego nie zmuszał.

Mimo letniej temperatury z lodowców Taran-gai spływało ku nim przejmujące zimno, a lodowe góry, które wciąż obok nich przepływały, też odbierały powietrzu ciepła. Daniel zafascynowany chłonął ciemne, chłodne barwy pokrytego lodem wybrzeża i nagich, stromych skał wznoszących się pomiędzy lodowcami.

To jest także jakaś forma piękna, myślał. Dzikiego, surowego i nieprzystępnego, ale jednak piękna. Przerażającego piękna.

Po chwili zobaczył daleki, poszarpany szczyt górski, znacznie wyższy od pozostałych, który wznosił się gdzieś w głębi lądu. Prawdopodobnie najwyższa góra w Taran-gai.

Podróż trwała. Daniel zastąpił jednego z mężczyzn przy wiosłach. Ponad górskim masywem Taran-gai wciąż pojawiały się kolejne ponure wierzchołki.



10 из 192