
Vendel o tym nie opowiadał. Ale też i nie widział tych gór z morza, a kiedy był w tym kraju, nieustannie padało. Szczyty spowijała pewnie wtedy mgła.
Wiosłowali w szaleńczym tempie, milczący i przygnębieni.
Cały horyzont na wschodzie, jak okiem sięgnąć, wypełniały te potężne masywy z poszarpanymi, zniszczonymi przez erozję szczytami. Daniel drżał, ale sam sobie starał się tłumaczyć, że to z zimna ciągnącego od lodowatej wody.
Nagle, nieoczekiwanie, góry się skończyły. Wschodni brzeg był jeszcze wysoki i stromy, ale poza nim znowu zaczynała się tundra.
Bogu dzięki, odetchnął Daniel.
Dotarli do zatoki Morza Karskiego, którą Rosjanie nazywają Bajdarackaja Guba, ale Samojedzi mówią o niej po prostu Nor. Mogli teraz znowu zwolnić i wiosłować w normalnym tempie. Ale od celu dzielił ich jeszcze spory kawałek.
Daniel został zastąpiony przy wiosłach i usiadł przy sterze, nigdzie jednak nie było widać lodowych gór, mógł więc odpocząć.
A zatem Vendel Grip ma tutaj córkę, myślał. Owo hipotetyczne dziecko stawało się teraz człowiekiem z krwi i kości, a w dodatku miało imię. Dobrze, że to dziewczyna, bo oprócz Ingrid i Christiany przez ostatnie trzy pokolenia w rodzinie przychodzili na świat wyłącznie chłopcy.
Jednak fakt, że matka zmarła przy porodzie, wydał mu się w najwyższym stopniu alarmujący. I owo: „Poczekaj, sam zobaczysz! Nie musisz pytać, gdy tylko ją ujrzysz, będziesz wiedział, że to Shira”, nie obiecywało zbyt wiele dobrego.
Pociechą była Danielowi myśl o dotkniętym dziedzictwem chłopcu w górach Taran-gai.
Skoro Daniel zdążył już skończyć dwadzieścia pięć lat, to Shira musiała mieć dwadzieścia sześć, a dotknięty chłopiec był jeszcze starszy, pewnie zbliżał się do trzydziestki.
Dorosły. I prawdopodobnie niebezpieczny jak większość przeklętych.
Z daleka zobaczył w głębi nad zatoką unoszący się w niebo dym.
– Czy to Nor? – zapytał.
Tak. To było Nar.
