
Pewnego razu znaleźli się w wąskiej cieśninie. Tam zeszli na ląd, by porozmawiać z innymi Samojedami i uzupełnić zapasy żywności. Daniel z rozkoszą rozprostowywał nogi.
Ale wkrótce byli znowu na morzu.
Pierwsze ostrzeżenie o tym, do czego się zbliżają, otrzymał Daniel wczesnym rankiem. Usłyszał podniecone, lecz ściszone głosy swoich towarzyszy i otworzył oczy.
Na południu teren był pofałdowany, pokryty wzgórzami. Ale to niewiarygodne leżało dokładnie na wprost nich.
Monotonną linię horyzontu przecinała góra, wynurzająca się z morza, niebieskoczarna i przerażająco wysoka. Jej strome stoki kończyły się czterema ostrymi, zębatymi szczytami, co wyglądało jak korona zwrócona ku lazurowobłękitnemu porannemu niebu.
Juraci spostrzegli, że Daniel się obudził, pospieszyli więc zaspokoić jego ciekawość.
– Ta wyspa nazywa się Góra Czterech Wiatrów – powiedział Isu. – Ona jest święta.
Tak, nietrudno w to uwierzyć, pomyślał Daniel. Vendel musiał jej nie widzieć, w przeciwnym razie na pewno by o niej opowiedział. Prawdopodobnie gdy mijał tę wyspę – górę, leżał nieprzytomny po wypiciu magicznego napoju, przyrządzonego przez Sinsiew i jej brata.
Zbliżyli się do wyspy, królującej na morzu niczym niesamowita wieża. Spłynął na nich cień Góry Czterech Wiatrów i Daniel doznał wrażenia, że obejmuje go jakaś olbrzymia dłoń, wyciskająca z niego wszelką wolę życia, wszystkie siły. Alrauna poruszyła się pod koszulą.
Zauważył, że taki sam ponury nastrój ogarnął obu Juratów. Wiosłowali gorączkowo, by jak najszybciej odpłynąć z tego miejsca.
To tylko złudzenie, myślał. Dlatego że góra sprawia takie straszne i przytłaczające wrażenie i że tak długo płynęliśmy w słońcu. Ale alrauna…? Głupstwa, to po prostu ja się poruszyłem i zdawało mi się, że czuję dotyk pazurków na piersi.
