
Serce Daniela zaczęło bić mocniej. Dotarł do celu. Po długiej, pełnej utrapień zimie stawał oto wobec swego głównego zadania – miał podjąć próbę złamania przekleństwa, które przez stulecia ciążyło nad jego rodem. A jedyną do tego pomocą, jaką miał, jest korzeń pewnej rośliny. Kwiat wisielców. Alrauna.
Gdy zbliżali się do osady, która okazała się większa niż oczekiwał, zobaczył dorosłych i dzieci tłumnie schodzących na brzeg, by powitać obcą łódź. Statek łowców fok także znajdował się w zatoce, ten statek, którym Daniel sam miał stąd wyjechać. Obawiał się, czy nie zechcą polować także w drodze powrotnej. Bardzo by nie chciał uczestniczyć w tym procederze.
Vendel nie przypuszczał, że Danielowi uda się tak szybko dotrzeć do Nor i teraz oto Daniel znajdował się tutaj zupełnie nieprzygotowany. Nie wiedział, co ma zrobić z Shirą. Zabrać ją do Szwecji? Vendel na pewno by tego pragnął, ale czy można dorosłą już osobę, wychowaną tutaj, w plemieniu Jurat-Samojedów, wyrwać z rodzinnych stron i przenieść do Skanii? Sinsiew przecież była zdecydowanie temu przeciwna.
Żadnego z towarzyszy podróży przy nim teraz nie było. Wmieszali się w tłum Taran-gaiczyków. Daniel podejrzewał jednak, że różnice między tymi dwoma plemionami Samojedów nie były wielkie.
Shira natomiast była półkrwi Szwedką. Ów fakt należało brać pod uwagę, choć mało brakowało, a byłby o tym zapomniał.
Ale jeżeli chodzi o ścisłość, to jej ojciec Vendei także nie jest czysto szwedzkiego pochodzenia. Ma w sobie krew norweską i duńską, angielską ze strony Jessiki Cross oraz niemiecką po Alexandrze Paladinie i, co najważniejsze, pochodzi z Ludzi Lodu! Podobnie jak Sinsiew.
To będzie naprawdę interesujące, poznać Shirę!
Co to jej babka, szamanka z Taran-gai, powiedziała Vendelowi?
„Twoje dziecko bierze to, co najlepsze z obu gałęzi Ludzi Lodu: Naszą sztukę magiczną i waszą sztukę uzdrawiania oraz dobry, czysty charakter.
Żeby wszystko ułożyło się aż tak dobrze! Ale Daniel miał złe przeczucia.
