
Ledwie łódź zdążyła przybić do brzegu, a natychmiast towarzyszący mu obaj młodzi Juraci zaczęli wołać coś do kobiet i mężczyzn stojących na lądzie. Wielokrotnie docierało do niego imię Vendela.
Dzieci, niebywale sympatyczne i usmarkane, Przyglądały mu się oczami przywodzącymi na myśl ziarnka pieprzu. Dorośli wykrzykiwali coś niezrozumiale. Zaskoczeni i niezwykle ożywieni, bez namysłu wchodzili do wody, by wyciągnąć łódź na brzeg.
Daniel pospiesznie przebiegał wzrokiem po ich twarzach. Czy jest wśród nich Shira? Tam stoi kilka dziewcząt o szerokich twarzach, niewysokiego wzrostu, rozpłomienionych ciekawością, kim też jest ten przybysz. Poczuł mrowienie na plecach, gdy przypomniał sobie historię Vendela o pięciu małych istotach mających niezwykłe upodobania erotyczne.
Daniel nie zamierzał kontynuować jego działalności w tej dziedzinie.
Daniel był dużo poważniejszym młodym człowiekiem niż jego starszy krewniak.
Nie, uznał, że Shiry nie ma wśród witających. Ale nigdy nie wiadomo.
Został niemal wyciągnięty na ląd przez chętne do pomocy ręce. Mówili wszyscy, jeden przez drugiego, a Daniel nie rozumiał ani słowa. Trzech przybyszy odprowadzała do obozu liczna, tłocząca się gromada miejscowych.
Kilkoro dzieci pobiegło przodem i wykrzykiwało nowinę ile tchu w piersiach. Ze wszystkich jurt wyglądały kobiety i starcy.
Gości prowadzono w zdecydowanie określonym kierunku. Do okazałej jurty. Wkrótce też wyszedł stamtąd jakiś mężczyzna wywołany przez dzieci. Stał i patrzył na zbliżający się tłum. Był to starszy człowiek o siwych włosach, trzymał się prosto, a jego oczy były tak wąskie, że prawie niewidoczne.
Daniel stanął przed nim. Na moment zaległa kompletna cisza.
W końcu Daniel odważył się zgadywać:
– Irovar?
Stary skinął głową.
Daniel uśmiechnął się do niego.
– Ja jestem Daniel, krewny Vendela Gripa – powiedział po juracku najlepiej jak umiał. – Przynoszę wam od niego pozdrowienia.
