– Nie wierzę, że mój czas nadejdzie – powiedziała ze zwątpieniem. Zebrała narzędzia, on wziął ryby i poszli. Shira stąpała obok dziadka tak lekko, takim wdzięcznym, prawie tanecznym krokiem, że zdawało się, że nogami ledwo dotyka ziemi. – Zawsze w jakiś sposób byłam na zewnątrz. Inne dzieci często się mnie bały, kiedy jeszcze byliśmy mali. One… one mówiły, że jestem nieludzka, dziadku. Tylko dlatego, że ja nigdy nie robiłam sobie krzywdy w czasie zabawy. Szalałam czasami, ryzykowałam dużo więcej niż inni, by im pokazać, że ja też mogę się zranić.

– Prawdę mówiąc udawało ci się to – wymamrotał Irovar. – Nikt nie miał tak stale poobijanych kolan i łokci jak ty!

– Tak, tylko że to nigdy nie było nic poważnego. Twarz Shiry jaśniała. – Ale oni się mylili. Ja mogę zostać poważnie zraniona. Tak jak wtedy, gdy skakałam ze skały po to tylko, by dzieci uznały, że jestem jedną z nich. Kiedy szybowałam w powietrzu, widziałam ogromny cień, który stał na dole i czekał na mnie. A gdy zeskoczyłam, zniknął.

Twarz Irovara pobladła.

– Czyś ty oszalała? Czy ty nie rozumiesz, że to Shama? Pochodzisz przecież z rodu Taran-gai i to był on, twoje bóstwo śmierci, przecież o tym wiesz!

– Oczywiście – odparła spokojnie, bowiem jak wszyscy Taran-gaiczycy uważała myśl o mistycznych istotach, z którymi jej ród jest związany, za całkiem naturalną. – Ale to właśnie świadczy, że mnie nie może się stać nic złego. Innym może, ale mnie nie. Zresztą widziałam go potem jeszcze raz.

Irovar chwycił ją za ramiona i potrząsnął.

– Kiedy? Kiedy, Shiro?

– Tego dnia kiedy wypadłam za burtę i o mało nie utonęłam. Wtedy pojawił się ogromny, szary cień i płynął ponad wodą. Wyglądał jak jakiś bardzo wielki człowiek. Potem zniknął.



18 из 192