
Pracował w porcie może jakiś tydzień, gdy spotkał człowieka, który dobrze znał wybrzeża Oceanu Lodowatego. Daniel opowiedział mu, że gdyby to było możliwe, chciałby się dostać na tereny zamieszkane przez Nieńców.
Rosjanin wybuchnął śmiechem.
– Do Nieńców? A czego ty tam szukasz? Zresztą u nas oni nazywają się Jurat-Samojedzi.
– Wiem – odparł Daniel. – Obiecałem przekazać pozdrowienia, gdybym znalazł się w tamtych okolicach.
– Znalazł się w tamtych okolicach? – Rosjanin pękał ze śmiechu. – To nie jest miejsce, gdzie mógłbyś się znaleźć ot tak, przy okazji. To koniec świata!
– Byłeś tam?
– Oszalałeś? Nie! Nie byłem nawet w pół drogi do Narjan Mar, które jest ich stolicą.
Narjan Mar! Tę nazwę Vendel wspominał. Dotarł tam w drodze powrotnej do domu, zdaje się.
– Czy można się tam dostać przez morze?
– Chyba tak, nie wiem. Ale jeżeli nawet, to cholernie nakłada się drogi.
– Tak mówisz? W takim razie powinien być jakiś krótszy szlak?
– Pewnie tak. Ale poczekaj do jutra, to porozmawiam ze znajomymi. Wtedy dam ci dokładniejsze informacje.
Daniel podziękował, a następnego dnia dowiedział się, że powinien popłynąć rzeką Pinegą w głąb lądu, do wsi o tej samej nazwie. Tam należy opuścić rzekę i lądem dostać się do drugiej, równoległej rzeki o nazwie Mezen i tą rzeką płynąć ponownie w stronę morza, do miasta Mezen. Stamtąd wiedzie prosta droga na wschód, do Safonowa, dalej do Ust' Cylmy.
W ten sposób dotrze do rzeki Peczory, która doprowadzi go do Narjan Mar, położonego w głębi, nad deltą.
Daniel notował i zapisywał, ale strzegł się, by nikt nie zobaczył jego notatek. Dziwiliby się pewno jego łacińskim literom…
Następnego dnia Daniel poszedł do swego chlebodawcy i oświadczył, że musi ruszać dalej. Po licznych zastrzeżeniach, wahaniach i wykrętach dostał w końcu swoją zapłatę. Zaopatrzył się w jedzenie, ciepłe ubranie oraz strzelbę z amunicją na dzikiego zwierza i wyruszył przez rozległe pustkowia tundry na wschód, w podróż, której końca nie był w stanie przewidzieć.
