
Bez poważniejszych przygód dotarł do Narjan Mar i teraz słyszał drugi język, którego uczył go Vendel: juracki, język Jurat-Samojedów, czyli Nieńców.
Daniel nie spodziewał się, że to ludzie tak niewielkiego wzrostu. On sam był więcej niż o głowę wyższy od najwyższego z nich. Ale za to jacyż oni byli przyjacielscy! Uśmiechali się od ucha do ucha, a kiedy słyszeli, jaki jest bezradny i onieśmielony, gdy próbuje z nimi rozmawiać, wprost nie wiedzieli, co zrobić, by mu pomóc. Narjan-Mar nie było żadnym miastem, po prostu zwyczajna, nieduża osada, więc wiadomość o przybyciu Daniela rozniosła się natychmiast. Wszyscy przyglądali mu się i podziwiali go. Mógł odczuć chociaż namiastkę tego, jaką sensację musiał tutaj wzbudzać Vendel Grip, blondyn i znacznie wyższy od Daniela, który przecież także nie był ułomkiem.
Po spożyciu licznych powitalnych posiłków, w których głównymi składnikami było mięso reniferów i ryby, Daniel mógł nareszcie zadać najważniejsze dla siebie pytanie. Gorzej, że nie wiedział, jak nazywa się to miejsce, w którym przebywał Vendel.
Próbował wyjaśniać. Mówił o półwyspie Jamal i o ujściu Obu, o tym, że Vendel przybył stamtąd, a potem został przewieziony wokół nasady półwyspu Kola do letniego obozu Nieńców nad Morzem Karskim.
Gospodarze słuchali z zaciekawieniem. Morze Karskie znali, bo jest ono wielkie, ale wszystkie inne nazwy były rosyjskie, oni sami inaczej nazywali te miejsca.
Nie otrzymał żadnej odpowiedzi, dopóki nie wymienił Taran-gai. Wtedy zgromadzeni wydali jęk zgrozy. Daniel jednak miał nareszcie jakiś punkt zaczepienia.
– To letnie obozowisko, o którym mówię, leży na wschód od Taran-gai. W głębi nad zatoką.
Teraz wszyscy wiedzieli. Tym razem wydali z siebie jednogłośne „Aha!” Oni posługiwali się inną nazwą tego miejsca, nazwą, której Daniel nie znał, bo albo Vendel nie znał jej także, albo uważał to za nieistotne i nigdy jej nie wymieniał. Nor, nazywało się po juracku miejsce nad zatoką.
