
– W porządku, ale jak mógłbym się tam dostać? – pytał Daniel. – Czy jest jakaś droga przez tundrę?
Samojedzi zbledli.
– Nie, nie możesz iść lądem! – wołali jeden przez drugiego. – Taran-gai, rozumiesz!
Najwyraźniej tamtędy nie można było przejść.
– Musisz podróżować morzem – powiedział jeden z mężczyzn. – Na to trzeba dużo czasu i przedsięwzięcie jest niebezpieczne, ale to jedyna droga.
– W takim razie będę potrzebował łodzi.
Słysząc to wszyscy wybuchnęli śmiechem.
– Nie możesz podróżować sam!
Wywiązała się ożywiona dyskusja, mówili jednak tak szybko, że Daniel ze swoją nader skromną znajomością języka nie był w stanie za nimi nadążyć.
W końcu jeden z mężczyzn o wystających kościach policzkowych odwrócił się do niego i skinął głową.
– Isu i ja będziemy ci towarzyszyć. Kiedyś już tam byliśmy.
Nietrudno było się domyślić, który to Isu. Siedział rozpromieniony, radośnie uśmiechnięty i dumny niczym paw.
– Dziękuję, to bardzo uprzejmie z waszej strony!
Isu powiedział jednak coś, co sprawiło, że Daniel drgnął.
– Byliśmy tam kiedyś na dorocznych zawodach. Wprowadził je pewien biały człowiek wiele, wiele lat temu.
– Wysoki biały człowiek? O jasnych włosach?
– Tak. Bardzo dobry człowiek.
– To był mój wuj, Vendel Grip. Dlatego właśnie chcę się tam dostać.
Znowu zaczęły się rozlegać radosne okrzyki. Znowu zaczęto wnosić jedzenie i picie. Vendel był tu najwyraźniej bardzo popularnym człowiekiem. Daniel zaczął ostrożnie:
– On się chyba ożenił z tamtejszą dziewczyną. Miała na imię Sinsiew, prawda?
Słysząc to Isu i jego przyjaciel zwiesili głowy. Sinsiew nie żyje, wyjaśnili. Umarła w połogu.
Och! Daniel poczuł, że oblewa go zimny pot. Czy znowu uderzyło przekleństwo ciążące nad rodem? Ale przecież podobno był tuż w tym pokoleniu jeden chłopiec dotknięty dziedzictwem, gdzieś w Taran-gai. A w takim razie…
