
Odważył się wykrztusić:
– A dziecko? Co z nim?
Mężczyźni popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się, a potem jeden z nich oświadczył tajemniczo:
– Poczekaj, sam zobaczysz!
– Dobrze, ale chociaż jakąś drobną wskazówkę moglibyście mi dać!
Isu spoważniał.
– Nie zapominaj, że jej matka pochodziła z Taran-gai. A ojciec należy do obcej rasy.
– A zatem to dziewczynka!
– Tak. Ma na imię Shira. I nie będziesz musiał pytać, która to. Gdy tylko ją ujrzysz, będziesz wiedział, że to ona.
Daniel odetchnął głęboko. Wyglądało na to, że jego pierwsze zadanie, odnalezienie dziecka Vendela, będzie mogło zostać spełnione.
Jednej tylko rzeczy ci serdeczni ludzie, u których gościł, nie wiedzieli. Że zarówno on sam, jak i Vendel także są spokrewnieni z ludem z Taran-gai. I że owa Shira pochodzi z Ludzi Lodu zarówno ze strony matki, jak i ojca.
Nie mieli czasu do stracenia, bowiem lato nad Morzem Karskim jest krótkie. Co prawda jeszcze się na dobre nie zaczęło, ale Daniel miał tak wiele do zrobienia w tym krótkim czasie, że wyruszyli już następnego dnia.
Łódka była przerażająco mała, wykonana ze skóry wieloryba, rozpiętej na cienkich brzozowych pniach. Daniel przyglądał się z podziwem mistrzowskiej robocie, ale jak sobie w tej łupinie poradzą na morzu? Czuł się bardzo niepewnie.
Najpierw płynęli wzdłuż długiej delty rzeki Peczory i tamtędy przedostali się na otwarte morze. Zimne roziskrzone w słońcu, zielonkawe, z mnóstwem wystających z wody lodowych gór; w zatoce góry były mniejsze, ale dalej na północy majaczyły Potężne kolosy. Napotykali także zwyczajną krę, która nie zdążyła jeszcze stopnieć, ale Samojedzi zręcznie unikali zderzenia. Daniel na zmianę siedział przy sterze albo pomagał wiosłować.
Wyprawa zabrała znacznie więcej czasu, niż sądził, być może dlatego, że tylko bardzo rzadko wypływali na otwarte morze, przeważnie trzymali się brzegu. Daniel cieszył się, że wziął ciepłe ubrania, noce bowiem okazały się bardzo zimne. A płynęli także nocami, było ich trzech i mogli zmieniać się przy wiosłach – jeden spał, a dwóch pracowało.
