
Daniel odczuwał wyrzuty sumienia, nie posiadał bowiem nic, czym mógłby zapłacić swoim przewoźnikom. Powiedział im w końcu o tym.
Nie, nie, zaprotestowali. Nic nie szkodzi. Mieli zamiar w drodze powrotnej polować i łowić ryby, zdobycz będzie wystarczającą zapłatą.
Owszem, Daniel widział mnóstwo morskich zwierząt, małych i dużych. Był wdzięczny Juratom, że chcieli czekać z polowaniem aż do powrotu. On sam nie miał ochoty brać udziału w czymś takim.
Sposób, w jaki miał wrócić z Taran-gai, już został rozstrzygnięty. Przed rokiem statek łowców fok przyszedł do Narjan Mar, a później wyprawił się dalej, do Nor. Miał wracać do Archangielska pod koniec tego lata i Daniel z pewnością będzie mógł się nim zabrać.
A zatem odbędę taką samą podróż jak Vendel, myślał Daniel. Mam tylko nadzieję, że uda mi się zachować nogi.
Minęło bardzo wiele lat od chwili, gdy pierwszy statek pojawił się w tych okolicach. W tym czasie w technice musiał się dokonać znaczny postęp. A poza tym ludzie morza nauczyli się wiele o zagrożeniach, jakie stwarza człowiekowi Ocean Lodowaty.
Pewnego dnia przydarzyła im się bardzo nieprzyjemna przygoda. Do łódki zbliżał się dryfując na krze niedźwiedź polarny. Juraci zaczęli krzyczeć; wyraźnie przestraszeni spoglądali na swoją prymitywną broń: harpuny i noże.
Daniel zrobił uspokajający gest. Czuł się całkiem bezpieczny.
– On nas nie zaatakuje.
Tamci słuchali go z niedowierzaniem.
– Wiem, że nas nie zaatakuje – powtórzył bez dalszych wyjaśnień.
Dłonią ostrożnie dotykał alrauny pod koszulą.
Zdawał sobie sprawę, że ryzyko jest ogromne. Niedźwiedź był tak blisko, że wystarczyło, by zsunął się do wody. l W każdej chwili mógł podpłynąć do łódki, wywrócić ją jednym machnięciem łapy, a wtedy wszyscy znaleźliby się w morzu bez jakichkolwiek szans ratunku.
