
Lecz i Daniel, i jego dwaj towarzysze wiedzieli, że nie mają broni odpowiedniej do walki z tym olbrzymem, który gapił się na nich ponuro. Harpun mógłby go co najwyżej zranić i jeszcze bardziej rozzłościć. Żeby zaś użyć noża, musieliby znaleźć się tuż obok kolosa. Taka perspektywa ich nie pociągała.
– Wiosłujcie dalej – powiedział Daniel cicho.
Nie musiał tego powtarzać. Obaj mężczyźni wiosłowali co tchu w piersiach.
Daniel siedział na dziobie i patrzył niedźwiedziowi prosto w ślepia. Miał wrażenie, że najgorsze minęło…
Nagle zwierzę potrząsnęło łbem, z gardzieli wydobył się zdławiony ryk, po czym bestia odwróciła się i powlokła na drugi skraj kry, dalej od nich.
Nie minęło wiele czasu, a prawie stracili krę z oczu.
Samojedzi oddychali z ulgą, ale przyglądali się Danielowi okrągłymi z podziwu i ciekawości oczyma.
– Coś ty zrobił? – zapytał w końcu Isu.
Daniel wahał się. Ale przecież ci ludzie, żyjący tak blisko natury, powinni zrozumieć. Odpiął koszulę i Pokazał im alraunę.
Aż jęknęli. Musieli podejść bliżej i obejrzeć dokładnie. Dotknąć.
Ich podziw i szacunek był wielki, szeptali do siebie nawzajem jakieś słowa, których Daniel nie rozumiał. Domyślał się jednak, że miały coś wspólnego z wiarą, bóstwami, amuletami i czarami.
W każdym razie Daniel bardzo urósł w ich oczach. Przez cały dzień śmiali się uszczęśliwieni i zapraszali go na wspólne polowanie. Przyniósłby im szczęście, skoro posiada takie amulety! Daniel odpowiadał, że w polowaniu uczestniczyć nie chce, ale że będzie im życzył powodzenia. Wciąż i wciąż od nowa musieli podchodzić, żeby dotknąć alrauny i upewnić się, że życzenia Daniela zostaną spełnione.
Daniel nie wiedział, czy postąpił słusznie, pokazując magiczny korzeń. Na wszelki wypadek prosił, by nie wspominali o tym nikomu w Nor. Obiecali milczeć, on jednak zastanawiał się, na ile może na nich polegać.
