— Zgadza się! — Ed przycisnął ręką karty zjeżdżające z rozchybotanej teczki. — Taki na przykład mój szwagier, Paul. Moja żona potrafi dniami i nocami: „Paul to, Paul tamto”; nic dziwnego, że o nim więcej słyszę niż o sobie. Paul jest współwłaścicielem Zjednoczenia Transportu Mars-Zie-mia, więc mieści się w przedziale osiemnaściorga dzieci. Jego żona jest raczej leniwa, nie dba, co ludzie mówią, więc mają tylko dziesięcioro, ale…

— Mieszkają w New Hampshire? — spytał Frank. Stewart Raley przed chwilą zauważył, że Frank spogląda na niego z troską. Najwidoczniej chciał zmienić temat, uznawszy, że rozmowa toczy się w niewłaściwym kierunku i mogła jeszcze bardziej dobić Raleya. Pewnie wszystko miał wypisane na twarzy.

Z tą twarzą trzeba coś zrobić, za kilka minut spotka się z Marion. Jeśli nie zachowa ostrożności, Marion natychmiast zgadnie.

— W New Hampshire? — powtórzył Ed z pogardą. — Mój szwagier Paul? Przy jego zarobkach? Nie, moi drodzy! Nie dla niego jakieś tam przedmieścia. Ma dom w prawdziwej wsi, na zachód od Zatoki Hudsona w Kanadzie. Lecz jak mówiłem, nie idzie mu z żoną najlepiej, wiecie, atmosfera w domu nie jest najlepsza dla dzieci. Ale myślicie, że mają jakiś kłopot z 36A? Nigdy w życiu! Po prostu wypełniają i wraca następnego dnia z wielkim niebieskim napisem „Wyrażono zgodę” na całą stronę. Rozumiecie, jak sobie w tym BPR pomyślą, na co u diabła ich stać, te wszystkie pierwszorzędne piastunki i specjaliści od psychologii, a jak dzieciak ma kłopoty z dorastaniem, to załatwiają najlepszego psychiatrę za największe pieniądze.

Bruce Robertson potrząsnął z dezaprobatą głową.

— Jakoś to do mnie nie przemawia. Przecież często się słyszy o potencjalnych rodzicach, którym odmówiono na podstawie badań genetycznych.

— Geny to jedna sprawa — zgodził się Ed. — Otoczenie druga.



4 из 17