Minęli olbrzymie pomieszczenie zastawione mnóstwem komputerów. Robert zatrzymał się zdumiony.

– Imponujące, prawda? A to tylko jedna z naszych sal komputerowych. W tym kompleksie znajdują się dekodery i komputery wartości trzech miliardów dolarów.

– Ilu ludzi tu pracuje?

– Około szesnastu tysięcy.

W takim razie po kiego diabła potrzebny im jestem jeszcze ja? - pomyślał Robert Bellamy.

Wsiedli do specjalnej windy, którą Keller uruchomił za pomocą klucza. Wjechali piętro wyżej i znów ruszyli długim korytarzem, aż dotarli do szeregu gabinetów w końcu holu.

– Jesteśmy na miejscu, panie poruczniku.

Weszli do wielkiej recepcji, w której stały cztery biurka dla sekretarek. Dwie z nich były już w pracy. Harrison Keller skinął na jedną z kobiet. Nacisnęła guzik i drzwi do gabinetu otworzyły się.

– Proszę wejść. Pan generał czeka na panów.

– Tędy – powiedział Harrison Keller.

Robert Bellamy podążył za nim do gabinetu. Znalazł się w przestronnym pomieszczeniu o dźwiękoszczelnych ścianach i suficie. Pokój był komfortowo umeblowany, pełen zdjęć i drobiazgów osobistych. Widać było, że człowiek siedzący za biurkiem spędzał tu dużo czasu.

Generał Mark Hilliard, wicedyrektor NSA, był pięćdziesięciokilkuletnim mężczyzną, bardzo wysokim, prostym jak świeca, o kamiennej twarzy i zimnych, stalowych oczach. Miał na sobie szary garnitur, białą koszulę i szary krawat. Dobrze wyczułem - pomyślał Robert.

– Panie generale, oto porucznik Bellamy – przedstawił go Harrison.

– Dziękuję, że pan wpadł, panie poruczniku.

Zupełnie jakbym został zaproszony na herbatkę towarzyską. Mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.

– Proszę usiąść. Założę się, że ma pan ochotę na filiżankę kawy. Ten człowiek potrafi czytać w myślach.

– Tak, panie generale.

– A pan, Harrison?



8 из 290