
– Nie, dziękuję – odparł Keller i zajął miejsce na krześle w kącie. Generał nacisnął guzik, drzwi się otworzyły i wszedł smagły mężczyzna, niosąc tacę z kawą i ciasteczkami. Robert zauważył, że nie miał plakietki identyfikacyjnej. O, nieładnie! Nalano kawę. Miała cudowny aromat.
– Jaką kawę pan pija? – zapytał generał Hilliard.
– Czarną. Smakowała wybornie.
Mężczyźni siedzieli naprzeciwko siebie w miękkich, skórzanych fotelach.
– Dyrektor poprosił mnie, bym się z panem spotkał.
Dyrektor. Edward Sanderson. Legendarna postać w kręgach wywiadowczych. Genialny, bezwzględny człowiek, pociągający z ukrycia za sznurki; przypisywano mu mistrzowskie przygotowanie wielu śmiałych przewrotów na całym świecie. Rzadko pokazywał się publicznie, lecz wiecznie szeptano o nim po kątach.
– Jak długo pracuje pan w 17 Wydziale Wywiadu Marynarki, panie poruczniku? – zapytał generał Hilliard.
– Piętnaście lat – powiedział Robert. Mógłby się założyć o swoją miesięczną pensję, że generał znał nawet godzinę, o której zatrudniono go w ONI.
– Przedtem, o ile wiem, dowodził pan eskadrą samolotów w Wietnamie.
– Tak jest, panie generale.
– Pańska maszyna została zestrzelona. Uważano, że pan z tego nie wyjdzie.
Lekarz mówił: „Zostawcie go. Nie wykaraska się”. Pragnął śmierci. Ból był nie do zniesienia. A potem pochyliła się nad nim Susan. Otwórz oczy, marynarzu. Przecież nie chcesz umierać. Całą siłą woli uniósł powieki i przez mgłę bólu dostrzegł najpiękniejszą kobietę, jaką kiedykolwiek widział. Miała owalną twarz, gęste, czarne włosy, błyszczące brązowe oczy i ujmujący uśmiech. Spróbował coś powiedzieć, ale okazało się to ponad jego siły.
Generał Hilliard cały czas mówił.
Robert Bellamy otrząsnął się ze wspomnień.
– Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć?
– Mamy problem, panie poruczniku. Potrzebna nam jest pańska pomoc.
– Tak, panie generale?
