
Przestajesz okłamywać siebie i otwierasz oczy. Patrzysz w ciemność, przelewającą się przez brzeg nocy, czując swój oddech, który ciepłym owalem przebija się przez chłód nieoświetlonego powietrza. Podskakujesz na każdy dźwięk, przerywający się przez cieniutką oponę milczenia: skrzypienie tramwaju, piosenkę pijaka, leniwy sygnał-krzyk wystraszonego alarmu samochodowego – denerwują ciebie, zmuszają twoje serce do nerwowego, rozpaczliwego trzepotu – i cieszą – ponieważ na jakiś to ułamek sekundy unieruchamiają tłoczące się w głowę myśli.
A myśli tłoczą się, ściskają twoje serce, odżywają gorączkowym dreszczem po nagle spoconej skórze, i zatykają nam dech, wstrzymując go mocno ściśniętym kułakiem gdzieś tam pomiędzy przeponą i wibrującymi z wysiłku żebrami. I tylko z rzadka nachodzą nas, krótkotrwałe zapaści w niebyt, w drzemkę: niczym szczęk bezpiecznika, wyłączającego przeciążoną jaźń...
