A rankiem – przeciąg, ryczący, jak tunel aerodynamiczny: wrażenia bezdźwięcznie ześlizgują się po wilgotnej powierzchni świadomości, i dopiero po paru godzinach świadomość znowu nabiera swojej zwykłej szorstkości. Zaczerwienione oczy nie patrzą – czepiają się przedmiotów, znajdując w nich oporę dla chyboczących się chlipiących myśli – strzępków, zlepionych w nierozwiązywalny motek, przechwytujący fragmenty zdarzeń, osób i słów. Nakładają się na siebie warstwami błota, osiadającego na powierzchni trwogi i maskującego ją. Groźbą skłaniasz mózg do pracy, wykręcasz go jak pranie, zamęczasz siebie, gromadząc wrażenia – w nadziei, że potem, wieczorem... Urywasz myśl, ukrywasz ją przed sobą samym. A po pracy przeciągasz moment powrotu do domu, do wystygłego telewizora, odkładasz go, wędrując gdzieś tam – kiedy nagle postrzegasz siebie – odkrywasz, że jesteś gdzieś, na ulicy; a twoje nerwy są jak ostre raszple...

Będąc właśnie w takim stanie Kosow wszedł do sklepu – po nic – po prostu: aby odwrócić swoją uwagę od siebie samego. I wtedy skrajem świadomości, na krawędzi pola widzenia nagle zaczepił się o-coś- coś-ważnego: konieczne. Ściana z waty, oddzielająca go od otaczającego go świata, w niektórych miejscach zaczęła przeświecać, pojawiły się w niej pęknięcia – i jak żarzącym się drutem dotknęła do nieoczekiwanie obudzonego słuchu czyjaś to niechlujna fraza:



13 из 35