
A właściwie wiem. To przez tę piastunkę, która się mną opiekowała, kiedy byłam mała, tę wielką, grubą podstarzałą babę.
Miała kiedyś kąpać mnie i mojego kuzyna Sancha. Ach, ależ go obmacywała! Biedny chłopiec okropnie się przeraził. Mówiła, że go wymasuje, a potem nagle przerwała, podciągnęła czarne spódnice i wsunęła rękę pod spód, a w końcu wybiegła z pokoju z twarzą czerwoną i błyszczącą.
Wiem dobrze, o co chodzi, bo sama to robiłam. To bardzo przyjemne. Ale nie z kuzynem Sanchem, oczywiście, bo on ma teraz dopiero czternaście lat, zresztą nie widziałam go już od pewnego czasu.
Ach, gdybym mogła się stąd wydostać! Chcę zobaczyć, co znajduje się za horyzontem, chcę zobaczyć to wielkie miasto Iruna.
Przyjezdni nazywają je Pampeluna. Musiałam się nauczyć ich języka. Nie wolno mi mówić w języku Nawarry, bardzo podobnym do baskijskiego, bo tak podobno nie wypada. Tak mówią tylko chłopi i żebracy, sama hołota. Muszę mówić i pisać po kastylijsku, który nazywa się teraz po prostu hiszpańskim.
No, najwyraźniej wróciłam do łask, mogę znów zamieszkać na zamku. Pamiętnik schowam do kieszeni spódnicy, tak żeby nikt się o nim nie dowiedział.
Kwiecień, A. D. 1628
Dzisiaj znów wielki rozgardiasz. Ojciec wyrusza się bić, on to uwielbia. Nazywają go przecież „krwawym”, a on w pełni zasługuje na taki przydomek. Na własne oczy widziałam, jak chłoszcze żebraków, wymierza ciosy włóczęgom na tylnym dziedzińcu, a podobno dla wrogów podczas walki nie zna litości.
Jego matka a moja babka była Włoszką i właściwie ojciec nosi imię Sebastian, lecz ona nazywała go Sevastino, czyli „mały Sebastian”, lecz, doprawdy, mały dawno już przestał być. To strasznie przystojny mężczyzna. Nosi podkręcone do góry wąsy, kozią bródkę i ma bardzo czerwony nos.
